niedziela, 22 listopada 2015

33. Wspomnienia nadchodzących czasów

Posuwali się naprzód w ślimaczym tempie, którego nie dało się wyjaśnić niczym innym, jak tylko ślamazarnością nowej członkini ich małej grupki. Dziewczyna poruszała się tak powoli, że bywały chwile, kiedy Eressëa proponował jej pomoc i użyczenie swoich ramion, chociaż ta dzielnie odmawiała jakby zafascynowana ideą poruszania się na własnych nogach. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo zależy im na czasie, który ona marnuje. Mieli do wykonania misję, a tymczasem z winy jednego zauroczonego smoka musieli ciągnąć się krok za krokiem jak zakochana para spacerowiczów na romantycznej przechadzce, co nie tylko działało na nerwy, ale także na ich niekorzyść. W końcu Czempioni Pradawnych Żywiołów nie będą czekać w nieskończoność na swoich przeciwników, którzy ospale przebierają nogami. Rozbudzą się całkowicie, zaatakują, zaczną niszczyć świat, który zaledwie dwa wieki wcześniej zdołał pewnie stanąć na nogi. Życie, o które z takim trudem walczono z ludźmi, znowu stanie się zagrożone.
- Nie wytrzymam! - nikogo chyba nie zdziwił fakt, że to właśnie Rambë jako pierwsza straciła cierpliwość. Spojrzała groźnie na nieznajomą i bezpardonowo przerzuciła ją sobie przez ramię bez większego problemu. Nie należała do najsilniejszych, ale z tą lekką jak piórko i niesamowicie denerwującą kobietą mogła sobie poradzić. - I ani słowa sprzeciwu! - ucięła ewentualne protesty. - Nie patrz tak na mnie. Po mnie to ty niesiesz te wychudzone zwłoki! - prychnęła na Deviego, który rzucał jej ukradkowe spojrzenia. - Tak się składa, że chyba również zależy ci na szybkim powrocie do domu, a z tym ledwo chodzącym problemem na pewno nie mamy co liczyć na taką szansę.
- Jeśli już jesteś taka praktyczna, to wiedz, że Hydee może się nam przydać. - smok wtrącił swoje trzy grosze tonem świadczącym o wielkim znudzeniu tematem naskakiwania na ich nową, jakże uroczą towarzyszkę.
- Tu się z nim zgodzę! - rzucił szybko Seet-Far, wchodząc w słowo Rambë, która właśnie przygotowywała się do jednego ze swoich wybuchów. - To się nazywa „przekąska”. Jeśli zaatakuje nas coś wielkiego i niebezpiecznego, co mogłoby sprawić nam dużo kłopotu, po prostu zwiejemy i zostawimy Haydee z tyłu. Zanim ona zostanie zjedzona, my będziemy już bezpieczni lub przynajmniej gotowi do obrony. Tak, zdecydowanie się nam przyda.
Eressëa posłał mieszańcowi zirytowane spojrzenie, tymczasem hybryda uśmiechnęła się szeroko. Było jasne, że pomysł przypadł jej do gustu i dziewczyna byłaby zadowolona z tak efektownej okazji do pozbycia się niechcianej towarzyszki. Kto jak kto, ale w jej żyłach płynęła przecież krew zdrajców. Ktoś taki jak ona, bez zastanowienia poświęciłby nielubianą jednostkę, a Haydee bezsprzecznie do tej właśnie grupy się zaliczała.
Z początku Rambë po prostu niosła dziewczynę jak byle worek, jednakże pozycja była niewygodna zarówno dla jednej, jak i dla drugiej kobiety, co zmusiło hybrydę do zmiany. Teraz szczupłe, zdaniem Rambë nawet zbyt szczupłe, uda opierały się na jej biodrach, zaś piersi Haydee przylegały miękkim ciepłem do pleców wybranej przez Wodę, co powodowało zimne jak lód ciarki na całym ciele, nie wspominając już o złych przeczuciach, które nie chciały odpuścić. Z takiej sytuacji nie mogło wyniknąć nic dobrego.
I rzeczywiście tak było. Devi nawet nie chciał słyszeć o tym, aby pomóc w niesieniu nieznajomego pochodzenia kobiety, jakby była znalezioną w przypadkowym miejscu padliną. Najprawdopodobniej przeczuwał, że powinien unikać kontaktu fizycznego z kimś, kto w taki ogłupiający sposób działa na jego towarzyszy, a w szczególności na smoka. Nie był przecież głupcem i nie miał zamiaru dać się zabić, jeśli okazałoby się, że ta dziwaczna samica jest w stanie przez pory skórne wpuścić do jego organizmu truciznę lub inne substancje, z którymi nie chciał mieć nic wspólnego.
Kiedy zapadł zmrok, zatrzymali się na postój, który miał pozwolić im nie tylko na odzyskanie sił, ale także na obmyślenie planu dalszej podróży, która nie mogła dłużej przebiegać w takim tempie. Okazało się jednak, że wszystkich ich sen zmorzył stanowczo za wcześnie, przez co nie ustalili niczego konkretnego. O ile smok najwyraźniej miał całkiem dobre sny, biorąc pod uwagę zadowolenie widniejące na jego twarzy, gdy oddawał się we władanie senności, o tyle nie można było powiedzieć tego samego o Rambë.
Dziewczyna śniła o domu, ale chociaż wszystko było w nim znajome, brakowało dwóch najważniejszych w jej życiu osób – rodziców. Szukała ich we wszystkich znanych sobie miejscach, nawet w wiosce Kruków, ale nigdzie nie było ani śladu jej bliskich. Zrezygnowana i zaniepokojona wracała więc do domu, ale wciąż tliła się w niej nadzieja na to, że ojcowie wrócili podczas jej nieobecności. Niestety, zamiast dwójki szczególnych pod każdym względem samców, w drzwiach chaty stanęła Haydee. Uśmiechnięta, piękna, odziana w luźne, zwiewne szaty letnie. Z jakiegoś powodu Rambë poczuła przyjemne poruszenie w środku, zupełnie jakby jej żołądek zaczynał żyć własnym życiem. Zbliżyła się do lazurookiej kobiety powoli, ale bez niechęci, co zaskoczyło nawet ją samą. Szybko jednak uznała, że tak właśnie powinno być i odrzuciła niechciane uczucie niepokoju, które liznęło jej serce lubieżnie.
Na twarzy Haydee pojawił się słodki uśmiech. Wyciągnęła swoje chude, białe ręce obejmując Rambë za szyję. Gorące, miękkie usta wpiły się w wargi nie do końca świadomej sytuacji młodej kobiety, która poczuła jak ciepło pocałunku rozchodzi się po całym jej ciele. Ciepła wilgoć ust, powoli wślizgujący się między wargi i zęby język, przyjemność płynąca do samego podbrzusza, jakby ktoś wtaczał ją w jej ciało przez zajęte pocałunkiem usta. Hybryda czuła znajomy ucisk piersi pięknej dziewczyny na swoich, co niemal zapierało jej dech. Odsunęła się by go złapać i spojrzała w błyszczące, ogromne morza lazuru. Przełknęła z trudem ślinę i przygryzła wargę. Haydee wyciągnęła do niej ręce, a Rambë ujęła je w swoje i pozwoliła wciągnąć się do domu, który nie wydawał się już taki sam, jak wtedy, kiedy mieszkała tu z rodzicami. Nie potrafiła jednak skupić się na nim tak, jakby sobie tego życzyła i wszystkie dotyczące wnętrza szczegóły uciekały sprzed jej oczu, rozmywały się. Wyraźnie widziała tylko drobną, urodziwą kobietę przed sobą, która oblizując lubieżnie wargi znowu przyssała się do jej ust.
Tym razem Rambë oddała pocałunek, a przynajmniej starała się to zrobić na tyle, na ile mogła. Objęła niemal pozbawionymi sił ze zdenerwowania ramionami szczupłą talię i poczuła jak ciało mniejsze od jej własnego ciała przylega do niej ciasno, dokładnie, swoim słodkim, niewielkim ciężarem napierając na całe jej jestestwo. W dłoniach czuła łaskotanie, a co więcej, czuła że pod jej skórą poruszają się drobne mróweczki, które krążą między palcami, a przegubem, przeskakują na stopy i wywołują jeszcze większe zdenerwowanie.
Haydee nie przerywała jednak pocałunku, który w jakiś niezrozumiały sposób koił wszystkie bolączki Rambë. Kiedy właściwie rozedrgane dłonie hybrydy znalazły się na piersiach jasnowłosej kobiety? Kiedy zaczęły czuć się tam tak komfortowo, gdy palce zaciskały się na tych miękkich wypukłościach, które stawiały niewielki, słodki opór? Co takiego przyjemnego było w tym dziwacznym geście, Rambë pojęła dopiero, kiedy drobna kobieta zamknęła swoje chude palce na jej pełnych, gorących piersiach. Rozkoszne drżenie rozbiegło się na wszystkie strony sprawiając, że hybryda nie tylko zadrżała, ale poczuła także ciepło w tych partiach ciała, które dotąd pozostawały nieporuszone.
Miała ochotę zapiszczeć, kiedy palce Haydee powoli zsuwały się z jej piersi by w końcu uszczypać nagle tak wrażliwy sutek. Wtedy też odczuwane w podbrzuszu ciepło przerodziło się gorącą wilgoć. Była wystraszona i zarazem niezwykle zainteresowana tym, w jaki sposób jej ciało reagowało na dotyk innej osoby. Zapomniała o fakcie, że naprzeciwko niej stoi kobieta, której nie potrafiła zdzierżyć, zapomniała o rodzicach, o całej otaczającej ją codzienności. Liczył się tylko ten dotyk, tylko fakt rozpływającej się po całym ciele przyjemności. Poddała się temu chłonąc to, co otrzymywała i badając palcami kobiece ciało partnerki. Miała wrażenie, że jest w stanie przez cienką skórę poczuć pod opuszkami palców każdą kosteczkę i delikatny mięsień, kiedy tak wodziła rękoma po talii i brzuchu Haydee.
Wszystko to było dla hybrydy tak nowe i tak niepojęte, jak fakt, że ze zwykłej dziewczyny stała się nagle wybranką Wody, która musi walczyć o istnienie świata. Nigdy wcześniej nie była tak blisko z inną istotą, nigdy nie pragnęła takiej bliskości i nie szukała jej. Rozumiała, że właśnie tego oczekiwało od niej Plemię, ale ona była ponad tym, jak gąsienica, która jeszcze nie zamieniła się w motyla. Bliskość stanowiła dla niej nie tyle coś intymnego, co wyraz uczucia, potrzebę miłości. Patrzyła na swoich ojców, chłonęła ich relacje pełnymi garściami i na tym fundamencie budowała swój świat, a w nim nie było miejsca na fizyczne rozkosze dla zabawy, więc i nie potrzebowała ich tak naprawdę. Dopiero teraz czuła, jak w jej wnętrzu rodzi się to irytujące pragnienie, które bierze w posiadanie całe ciało.
Zadrżała, kiedy palce Haydee znalazły się nagle na jej brzuchu i delikatnym ciepłem przesunęły się niżej, pod pępek. Powoli, bardzo powoli, stawały się coraz cieplejsze, wręcz gorące, by w końcu przypominać rozpalone żelazo, gdy dotarły w miejsce tak intymne, a zarazem tak pożądane przez samców.
Najpierw pojawiła się rozkosz, a zaraz potem Rambë poczuła okropny ból, który wyrwał ją z tego sennego odrętwienia i pełnego fizycznej przyjemności koszmaru. Dziewczyna usiadła gwałtownie trzymając się za brzuch, który przebijały miecze bólu. Jej ciało skurczyło się w chwilowych konwulsjach wywołanych tym napadem, ale po chwili rozluźniło się odrobinę, gdy ból zelżał.
- Kurwa! - wyrwało się z ust hybrydy, która doskonale znała to koszmarne uczucie, które towarzyszyło jej każdego miesiąca przez kilka dni.
Niechętnie i z trudem podniosła się ze swojego posłania. Musiała przegrzebać cały swój dobytek aby w końcu znaleźć to czego potrzebowała. Zioła i czyste tkaniny, które miały uchronić ją przed niekontrolowanym wyciekiem krwi z ciała.
W ciemności zalśniły lazurowe oczy nieznajomej, jakby była dzikim zwierzęciem, które spudłowało rzucając się na ofiarę. Rambë mimowolnie zadrżała przypominając sobie ten dziwaczny, zmysłowy sen, który poprzedzał comiesięczne bóle. Nigdy wcześniej nie śniła o czymś takim, toteż zrozumiała nagle niechęć Deviego do nawiązywania kontaktu fizycznego z nieznajomą. On przeczuwał, że może się to źle skończyć, ale najwyraźniej hybryda była zbyt pewna siebie, zbyt pewna swojej kobiecości, która miała zapewnić jej bezpieczeństwo. Teraz sytuacja się zmieniła, ale na rozważania ni było czasu. Dziewczyna podeszła do posłania Seet-Fara i znudziła go delikatnie potrząsając. Mieszaniec obudził się gwałtownie, ale ona zdążyła w ostatniej chwili zakryć mu usta, zanim narobił rabanu niepotrzebnie podniesionym alarmem.
- Potrzebuję twojej pomocy. - szepnęła mu na ucho Rambë. Wprawdzie oswojenie się z sytuacją zajęło chłopakowi dłuższą chwilę, ale w końcu zrozumiał, że nic mu nie grozi i skinął głową, co pozwoliło hybrydzie zabrać rękę z jego ust. - Popilnuj mnie, kiedy będę się przebierać.
- Co? Ale po co... Ach! - do Seet-Fara dotarł w końcu specyficzny, drażniący, ale słodki zapach krwi miesięcznej. Skinął głową i podniósł się otulając szczelnie swoim podróżnym płaszczem. - Popilnuję. Możesz na mnie liczyć. - zapewnił rycersko.
Rambë wiedziała, że może mu zaufać, więc wraz z nim oddaliła się poza zasięg wzroku nieznajomej. Nie chciała znikać całkowicie z pola widzenia mieszańca, więc kazała mu się odwrócić tyłem, ale nasłuchiwać i węszyć, aby miał pewność, że nie zbliża się do nich żadne niebezpieczeństwo. Wiedziała przecież, że nie poradziłaby sobie z żadnym napastnikiem, kiedy jej ciało było osłabione i obolałe. Poza tym, w dni takie jak ten, kiedy krwawiła, jej zapach przyciągał samców, a tym samym kłopoty. W domu mogła zaszyć się w kącie i liczyć na rodziców, ale nie tutaj. Teraz miała tylko trójkę swoich samczych towarzyszy, których poznała już wystarczająco dobrze, by wiedzieć na ile może na nich polegać i którego prosić o pomoc.
- Dziękuję. - powiedziała, kiedy była już gotowa. Kładąc dłoń na ramieniu Seet-Fara uścisnęła je lekko, a jej usta wygięły się w lekkim, niekontrolowanym uśmiechu, którego chłopak nawet nie mógł dostrzec w ciemnościach.
- Gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy...
- Tak, wiem. Mogę na ciebie liczyć. - odparła łagodnie. - Wracajmy. Nie ufam tej całej Haydee jeszcze bardziej niż wcześniej.
Wrócili do niewielkiego obozowiska, które teraz rozświetlała drobna poświata rozpalonego przed chwilą ognia. Przy ognisku siedziała trójka już rozbudzonych towarzyszy podróży. Dwoje mieszańców przez chwilę obawiało się, że stało się coś niedobrego, ale najwyraźniej ta nagła pobudka nie miała żadnego szczególnego podłoża. A jednak Devi wydawał się inny niż zazwyczaj, jakby trochę niespokojny. Skupiony na garnuszku, w którym gotował wodę oderwał wzrok od bulgoczącej substancji tylko na chwilę by spojrzeć na powracających. Pomachał w powietrzu niewielkim woreczkiem z ziołami, który Rambë zostawiła na swoim posłaniu i zabrał się do przyrządzania mikstury mającej złagodzić miesięczna bóle oraz krwawienie.
Wszystko odbywało się w całkowitej ciszy, którą przerywał tylko odgłos kroków Rambë i Seet-Fara. Ten dzień zaczął się dla nich naprawdę wcześnie.

3 komentarze:

  1. ~Safira Luna Blacke22 listopada 2015 16:28

    No komuś coś bym odstrzeliła ale poczekam na rozwój sytuacji:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaaaa kiedy w końcu będzie nowy rozdział? Czekam i czekam i nie mogę się doczekać xd kocham to opowiadanie. Życzę weny i pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dopiero dwa dni temu odkryłam Twojego Bloga i muszę powiedzie ze strasznie mi sie podoba. Przeczytałam wszystko i jetem naprawdę zdziwiona ze wcześniej na niego nie wpadłam :) Wiedz ze masz nową stałą czytelnicze ^^ Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy i życzę weny ^^

    OdpowiedzUsuń