Jean-Michael wcale nie był zadowolony z rewelacji, jakie przedstawił mu Otsëa, gdy brnąc przez piach próbowali nie zapadać się w nim miejscami po kolana. Czy piaszczyste podłoże nie powinno być stabilniejsze nawet jeśli w grę wchodziła burza? Niemniej jednak, pustynia i jej wątpliwe uroki nie należały do najistotniejszych spraw, kiedy po piętach deptał im łowca. Ani bard, ani też griffin nie mogli się przemienić, by przyspieszyć swoją ucieczkę, jeśli chcieli uniknąć odkrycia. Smok uważał, że Lócënehtar nie wie jeszcze o ich obecności, chociaż podążał przerażająco właściwym tropem. Gdyby było inaczej pewnie dopadłby ich w najmniej spodziewanym momencie, a przecież odzianą w białe szaty grupę trudniej było zauważyć niż tę czerwoną plamę, jaką sam stanowił.
Niestety, jeśli szybko nie zmienią kierunku marszu i nie znikną w jakimś bezpiecznym miejscu , będzie kwestią czasu, kiedy łowca smoków coś dostrzeże i skojarzy fakty. Zresztą, nie mogli także pozwolić, by łowca zbliżył się do Niquisa. Już teraz jego obecność była uciążliwa, a na pewno nie chcieli mieć go na głowie na stałe.
- Naprawdę myślisz, że przyszedł za tobą aż tutaj? - mag zaczął powątpiewać. - Rozumiem, że go okradłeś, ale żeby gonić cię taki kawał drogi?
- Zapewniam cię, że dla tego świństwa byłby skłonny wybić do nogi całą wioskę. Nie każdy może przejrzeć ludzką powłokę innej istoty. To bardzo niebezpieczny środek, który należy trzymać z daleka od tych szaleńców i ich chrzanionego władcy.
- A gdybyś go zabił? - Devi spojrzał na barda swoimi dużymi, jasnymi oczyma, jakby mówił o opiece nad pieskiem, nie zaś o mordowaniu.
- To nie takie proste. - wyjaśnił zwięźle mężczyzna. - W ich żyłach płynie namiastka smoczej krwi, a to czyni ich niezwykle trudnymi przeciwnikami.
- Więc może ja go zabiję? Nie będzie się spodziewał ciosu od dziecka.
- Czyś ty oszalał?! - Jean-Michael uderzył chłopca lekko w głowę. - Nie będziesz nikogo zabijał, diable jeden. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
- Nie chcę żeby zabił któregoś z nas. - powiedział nadąsany chłopiec. - Jestem dzieckiem, ale nie jestem głupi. Widziałem, jak ludzie zabijają. Mężczyźni przez przypadek lub z namysłem odbierali życie dziwkom, takim jak moja matka. - Devi starał się o tym nie mówić, ale w tej chwili wspomnienia same wracały. To, o czym zapomniał przy magu, teraz miało swoje znaczenie, jakby musiało przygotować dzieciaka na wybory, jakich będzie musiał dokonać w przyszłości.
- Przepraszam, nie chciałem żebyś... - bard poczuł się wyraźnie nieswojo słysząc to wszystko, ale chłopiec pokręcił głową patrząc na niego.
- Z jakiegoś powodu inne rasy nienawidzą ludzi, a nawet my sami często pałamy gniewem do siebie nawzajem. Ludzie są okropni, żałośni i beznadziejni. - widać było płomień nienawiści w jego oczkach, kiedy mówił o swoich pobratymcach. - Gdybym mógł, zmieniłbym się w coś innego. Ale dopiero po tym, jak wam się na coś przydam. Jeśli będzie trzeba poskromić dżiny to zrobię to i nie zawaham się nawet przez chwilę. Jesteście moją rodziną i przyjaciółmi, więc dla was mogę dokonać niemożliwego.
Jean-Michael pokręcił głową i wciągnął chłopca na swoje plecy i trzymał mocno, by ten się nie zsunął. Chciał poczuć tę bliskość malca, kiedy ten wydawał się dorosły, ale bardzo zasmucony światem, w jakim żył. Czuł ten mocny uścisk drobnych ramion na swojej szyi, kiedy chłopiec trzymał się mocno i wtulał w swojego opiekuna.
Przez chwilę żaden z nich nic nie mówił, jakby zastanawiali się nad pytaniami, jakie mogliby zadać, nad odpowiedziami, jakich mogliby udzielać. Nie byli skłonni podzielić się głośno nawet obawami dotyczącymi łowcy, który mógł przecież, podobnie jak oni, zmierzać w stronę najbliższego źródła wody, gdzie mógłby uzupełnić jej zapas, a może nawet znaleźć jakieś zwierzę, które byłby w stanie upolować. Czy Lócënehtarzy jedli surową zwierzynę, tak jak mogli ją jeść inni? Czy żołądki hybryd wytrzymywały taką mieszankę?
Ważniejsze było jednak zachowywanie sił na dalszą drogę i usilne wyszukiwanie wody, czy to pod piaskiem, czy też w najbliższej oazie, którą Otsëa zdołałby wyczuć nawet z dużej odległości, jako że pachniała nie tylko słodką wodą, ale również zwierzętami, które do niej ściągały i pozostawiały po sobie wymowne ślady odchodów, czy sierści.
„Niech cię Skorpion!” pomyślał bard oglądając się za siebie, w miejsce gdzie jego wyostrzony wzrok potrafił rozróżnić barwną plamę na tle złotego piasku i błękitnego nieba. „Obyś zginął podczas tej wyprawy!” wściekał się dalej, ale teraz już patrzył tylko przed siebie.
- Musimy zmienić plany. - odezwał się w końcu do swoich towarzyszy. - Bezpieczniej by podążał przed nami niż z tyłu.
- Oszalałeś?! - Earen spojrzał na niego robiąc wielkie oczy. - To wykluczone! Nie wystarczy nam wody by czekać, aż nas minie i oddali się wystarczająco. Nie mamy na tyle wody! - podkreślił powtarzając.
- Jeśli zaczniemy od znalezienia wody i w międzyczasie go zgubimy, istnieje możliwość, że zwyczajnie na niego wpadniemy. - bard starał się mówić spokojnie i rozsądnie, chociaż był zdenerwowany. Nie miał pojęcia, co robić. - Nie chcę żebyśmy mieli przez niego problemy większe niż dotychczas, a jego obecność to moja wina. Istnieje możliwość, że dojdziemy do oazy przed nim, a później wycofamy się, oddalimy, poczekamy by zniknął, a wtedy ponownie napełnimy tam manierki. Nie mamy niestety pewności, że to się powiedzie.
- Za bardzo się przejmujesz. - Earen uśmiechnął się bardzo subtelnie do barda. - Jesteś jednym z nas, nie jesteś odpowiedzialny za to, co z nami będzie, bo każdy z nas potrafi myśleć za siebie i zgodził się na tę podróż dobrowolnie. Jasne, dowodzisz, ale nie niańcz innych. Chcesz się kimś przesadnie opiekować to narób sobie bachorów. Bez urazy. - mrugnął do przysłuchującego się temu Deviego.
- Nie bądź bezczelny. - mruknął gniewnie Otsëa, ale widać było, że zrobiło my się lżej na sercu dzięki tym zapewnieniom griffina. Odpowiedzialność spoczywająca na bardzie była ogromna, ale sam nałożył na siebie to brzemię. Miał ich prowadzić, pomagać im bezpiecznie przejść przez pustynię, ale nie wymagano od niego nadstawiania karku. Earen miał rację – mężczyzna przesadzał i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, a wszystko przez Lassë! To on był tą słodyczą życia, która zmiękczyła smoka.
Ostatecznie postanowili zaryzykować i znaleźć wodę, by później dopiero dołożyć wszelkich starań i pozwolić łowcy minąć ich w bezpiecznej odległości. Mieli tylko jedną szansę i tylko od szczęścia zależało, czy wyjdą cało z tego wszystkiego. Jakby mało było im przyczajonych gdzieś Skorpionów Plemienia, nieobliczalnych ludzi chcących zniszczyć to, co z takim trudem udało się odbudować przed wiekami oraz legend o dżinach, to jeszcze mieli na karku łowcę!
Otsëa zaczął zastanawiać się na poważnie nad tym, w jaki sposób mogli wpłynąć na swój los, jeśli się on do nich nie uśmiechnie i zostaną zaatakowani przez hybrydę. Pomysł, który przyszedł mu do głowy nie był może szczególnie bezpieczny, a ryzyko było ogromne, ale bard wątpił by jego przyjaciele mieli szansę na przeżycie, jeśli staną twarzą w twarz z łowcą smoków. Lócënehtarzy byli niemal niezwyciężeni w starciu ze zwyczajnym przeciwnikiem, a to oznaczało, że warto było poświęcić wszystko by móc zyskać szanse na przetrwanie. Musieli pojmać łowcę, jeśli tylko znajdzie się zbyt blisko. Wykorzystać więź z Niquisem, jaka się nawiąże i zaatakować z ukrycia. Jeśli ta czerwona bestia znajdzie się w ich mocy, wtedy nikomu już nie zagrozi, a jego moc można by wykorzystać w taki, czy inny sposób. Devi mając władzę nad dżinem, przyjmując ich istnienie i prawdę zawartą w podaniach, mógłby zapanować nad tym ludzkim tworem, który kalał ziemię swoją plugawą obecnością.
Otsëa wyczuł wodę zanim ktokolwiek inny zdołał to zrobić. Jej zapach nęcił i pieścił podniebienie, kiedy nozdrzami dostawał się w głąb ciała. Była blisko, była świeża i czysta, a w okolicy nie było chwilowo żadnych intruzów, a przynajmniej bard nie mógł ich wyczuć.
Nakłonił maga by ten wypuścił falę magii na północ i upewnił się, co do prawdziwości doznań węchowych smoka. Jean-Michael nigdy nie robił niczego podobnego, nigdy nie próbował wyczuwać żywych istot, działać magią na przestrzeń. Zgodził się jednak spróbować i teraz wyobrażając sobie najbliższą okolicę jako jednolite ciało, posłał wiązkę magii na przeszpiegi. Czuł, jak przechodzi ona przez nieliczne owady, drobne żyjątka, których nie dało się wyczuć węchem, ani żadnymi innymi zmysłami. Ostatecznie jego moc zatopiła się w słodkiej wodzie, co sprawiło, że zadrżał.
- Jest bezpiecznie. - powiedział otwierając oczy i przecierając dłonią twarz. - Nie myślałem, że potrafię coś podobnego.
- Jesteś najlepszy! - zapiszczał podniecony Devi i złapał maga mocno za rękę. - Potrafisz wszystko! - czego to ten pełen życia i radości chłopiec nie powiedziałby swojemu opiekunowi byleby sprawić mu przyjemność.
Mały flirciarz – chciałoby się powiedzieć. Chłopiec nie dostrzegał jednak niczego niewłaściwego w obrzucaniu mężczyzny komplementami, ani w sposobie, w jaki go traktował. Teraz Jean-Michael był dla niego jak ojciec, ale malec już teraz planował związać się z nim w przyszłości. Mag był przekonany, że chłopiec pokroju Deviego nie będzie spędzał życia ze starym i wtedy pewnie już zniedołężniałym mężczyzną, ale znajdzie sobie piękną, bogatą i dobrą dziewczynę, która będzie go kochać i da mu gromadkę dzieci. Nawet jeśli teraz chłopak tego nie chciał, to w końcu sam poczuje ten zew i będzie pluł sobie w brodę, że potrafił takie głupoty opowiadać w dzieciństwie. Jeśli w ogóle dożyje chwili, kiedy będzie mógł kogoś poznać i płodzić potomstwo. Póki co wszystko sprzysięgało się przeciwko nim, nic nie szło po ich myśli. Burza, łowca, palące słońce i długie kilometry dzielące ich od upragnionej wody.
Otsëa prowadził ich jednak wytrwale do obranego, wyczuwalnego celu. W tym miejscu od czasu, do czasu pojawiały się nawet drobne, na wpół wysuszone rośliny, co znaczyło, że palące słońce walczyło zaciekle z wilgocią gleby głęboko pod piaskową powłoką.
W oddali woda błyszczała niczym wykonana z prawdziwego srebra. Wydawała się tak ulotna, jakby miała okazać się fatamorganą i zniknąć w przeciągu kilku chwil. Tyle, że nie było wątpliwości, co do jej prawdziwości. Smok, Niquis i griffin czuli słodki, wilgotny zapach, jakkolwiek irracjonalnie mogło to brzmieć dla Jean-Michaela, czy jego małego podopiecznego. Przecież tacy jak oni nie wiedzieli czym jest wyostrzony zmysł. Nawet Lassë miał pewien problem z wyłapaniem ulotności uczuć towarzyszących wszystkim doznaniom przyjaciół.
Najmłodszy z nich już wyrywał się w stronę oazy, kiedy został powstrzymany silną dłonią barda zaciskającą się na jego drobnym ramieniu.
- Pozwól, że na początku to my sprawdzimy, czy jest tu dla ciebie bezpiecznie, a później możesz szaleć. - wytłumaczył swoje zachowanie. - Jesteś człowiekiem, w dodatku małym. Rozumiem, że ci się to nie podoba, ale takie są zasady, a ty masz się ich trzymać. - poklepał chłopaka po turbanie i ruszył przodem. W razie ukąszenie skorpiona, który mógłby niezauważenie znaleźć się w pobliżu, to on miał największe szanse na przeżycie, to on potrafił bronić się przed ewentualnym atakiem najlepiej z nich wszystkich. To także od niego zależało, co się z nimi stanie, toteż nawet uznając wolną wolę przyjaciół, chciał przynajmniej w minimalnym stopniu zapewnić im bezpieczeństwo.
Niepotrzebnie się przejmował. Okolica była bezpieczna, podejrzanie pusta. Nie dostrzegł jednak żadnych śladów ewentualnego zatrucia się wodą, gdyż nigdzie nie leżały kości. Jasne, burza mogła je przysypać, ale do tego miejsca nie dotarła. Dlatego właśnie woda była tak czysta.
- Myślisz, że to miejsce do kogoś należy? - zapytał niepewnie Earen starając się mówić tak, by nikt poza Otsëa nie mógł go usłyszeć. W odpowiedzi otrzymał potakujące skinienie.
- Tego się obawiam i to tłumaczyłoby panujący tu spokój. I oznaczało, że możemy znajdować się w niebezpieczeństwie. - dodał mimochodem.
- Więc się pospieszmy. - griffin wzruszył ramionami i podszedł do wody klękając i zanurzając swoją manierkę. Upewnił się, że jest pełna i dopiero wtedy spróbował wody, która niemal boleśnie polała się w dół po wyschniętym gardle. Zabawne, ale wcześniej nie czuł tego tak dotkliwie, jak teraz.
Mag sprawdził zaklęciem, czy woda nie jest zatruta. Naturalnie był to czar wymyślony na poczekaniu i opierający się na zupełnie innym, ale miał szczerą nadzieję, że działał jak należy. Tym bardziej, że właśnie teraz pozwolił Deviemu pić do woli i zajął się jego bukłakiem.
Żaden z nich nie był odwodniony, toteż nie musieli przejmować się konsekwencjami przepicia, jeśli było to możliwe w takiej sytuacji. Napełniali brzuchy, bukłaki, a nawet kociołek noszony przez barda. Każda możliwość na cenny łyk wody była warta wypróbowania. Przy odrobinie szczęścia nic się nie wychlapie i nie wyparuje, a wtedy Devi będzie miał dla siebie o wiele więcej, niż jego towarzysze. Przecież to dla niego każdy z nich tak się starał.
Dopiero na samym końcu rozebrali się i weszli do wody by szybko się obmyć. Nie mieli czasu na długie moczenie się i szorowanie, więc zwyczajnie się pochlapali i nie zwlekając namoczyli ubrania, które ociekające zakładali. Ulga była niewyobrażalna, a droga w dalszym ciągu przerażająco daleka.
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńwidać że naprawdę Davi jest inny nie lubi własnej rasy to całą grupe traktuje jako rodzinę i przyjaciół...
weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia