niedziela, 20 października 2013

74. I wtedy zapadła cisza...

Dotarcie we wskazane wcześniej miejsce nie zajęło im zbyt wiele czasu. Wiedzieli jak jest cenny i jak wiele mogą stracić jeśli spóźnią się z rozłożeniem bariery. Wydma mogła ich osłonić tylko w niewielkim stopniu, a resztą musiał na spokojnie zająć się Jean-Michael.
Widzieli już ciemne kłęby pyłu na horyzoncie, kiedy mag zaczął mruczeć zaklęcie i zatoczył nad ich głowami dłońmi. Imitując rozciąganie się niewidzialnej powłoki tworzył ją powoli, ale misternie. Zdążył na czas i miał pewność, że jest wystarczająco solidna. Była także całkiem spora, co później miało pomóc im w wydostaniu się z zasp. Odgradzając ich od napierającego na nią piasku była bezbarwna, niepozorna, ale ratowała życie.
I rozpętało się piekło.
Lassë wtulony w twarde, opiekuńcze ciało barda pozwolił by ten całował go uspokajająco po szyi. Pod niewidzialną kopułą mieli spełnić dobre kilka godzin, więc nie było sensu od razu panikować, chociaż opanowanie się przychodziło chłopakowi z trudem. Tym bardziej potrzebna była mu bliskość Otsëa, który pieszczotliwie gładził jego dłoń. Przy tym mężczyźnie wszystko wydawało się bezpieczniejsze. Nawet ta szalejąca wokoło piaskowa burza nie przerażała tak, jak z początku. Było wprawdzie ciemno, gdyż piasek przysłonił słońce i całe niebo, ale wszyscy czuli swoją wzajemną bliskość, co dodawało otuchy.
Niquis chciał zgrywać twardziela i całkiem nieźle mu się udawało, kiedy siedział obok Earena i skubał palcami jego koszulę. Jasne, że nie czuł się komfortowo mając do czynienia z czymś przerażającym i zupełnie nowym, ale nie miał zamiaru okazywać słabości. Nie, kiedy obok siedział największy rywal, mężczyzna, który wykorzystałby chwilę wahania by osiągnąć swoje cele. Mimo wszystko, może naprawdę się zmienił? Bądź dopiero zmieni? Był wyjątkowy na swój dziwny sposób. Niemniej jednak, tego Niquis nie planował przyznawać głośno.
Zupełnie inaczej zachowywali się Jean-Michael i Devi. Chociaż mężczyzna starał się być blisko chłopca, by w razie czego służyć mu ramieniem, to malec wcale tego nie potrzebował. Nie widział zbyt wiele w tym nieprzeniknionym mroku, ale miał świadomość, że nawet nie widząc nic, wpatruje się w całą tę burzę. Słyszał jak piasek uderza swoimi drobinkami o powłokę bariery, wyobrażał sobie, jak tworzy wielkie zaspy wokół nich. I to go fascynowało. Ta nieobliczalność, to piękno dzikości. Jakimś dziwnym sposobem to właśnie Devi był z nich wszystkich najodważniejszy.
A przynajmniej do czasu, kiedy gdzieś pośród tej czerni i piasku zalśniły dwa błękitne punkciki, które niczym oczy wpatrywały się w grupę ukrytych w bezpiecznym miejscu podróżnych. Ale czy to możliwe, by ktokolwiek przedzierał się przez tę burzę i dotarł tak daleko? Serce chłopca i tak na chwilę się zatrzymało. Zadrżał wtulając plecy w pierś opiekuna.
- Co się dzieje? - zapytał łagodnie mag, a jego ramiona objęły malca mocno.
- C... Coś widziałem. - wydusił szeptem Devi. - T... Tak myślę... Oczy. Widziałem oczy. - piszczał cicho.
- Spokojnie, kochanie. Musiało ci się przewidzieć. To niemożliwe. - Jean-Michael pocałował go lekko w ucho.
- A jeśli to był dżin? - chłopak znowu drżał, ale szybko się opanował.
- Tu nas nie dosięgnie. - starał się uspokoić go mag. - A jeśli nadal będzie poza barierą, kiedy skończy się burza, wtedy go zabijemy i nawet się do ciebie nie zbliży.
- Dobrze. - malec skinął głową. - Ale musisz go zabić na śmierć. - jakimś cudem nie przerażała go wizja zabijania, zadawania bólu. Widać wiedział więcej o życiu niż inni chłopcy w jego wieku.
- Oczywiście. Widzisz go jeszcze?
- N... Nie. - mruknął Devi i zamknął oczy, kiedy wydawało mu się, że gdzieś z boku znowu mignęły mu dwa niebieskie punkciki. A co jeśli to coś słyszało jego słowa? Co jeśli będzie chciało się zemścić? Ale przecież to Devi był tym, który miał okiełznać dżiny, jeśli istniały. To on miał nad nimi zapanować, pomóc przyjaciołom. Czy powinien się bać tych oczu, skoro miał przed sobą tak odpowiedzialne zadanie?
Tyle tylko, że z dżinami nie będzie walczył w ciemnościach, nie będzie otoczony morderczymi piaskami, które udusiłyby go i pochowały żywcem, gdyby miały okazję. To właśnie ten mrok najbardziej przerażał chłopca, który jeszcze niedawno był tak zafascynowany otaczającą go rzeczywistością.
- Może mi się przewidziało. - szepnął, ale nie odsunął się od opiekuna. - Na pewno mi się przewidziało. - pocieszał teraz sam siebie.
Zanim w ogóle zdał sobie sprawę z tego, że jest śpiący, jego oczka zamknęły się, a oddech wyrównał. Głowa opadła na pierś Jean-Michaela, który gładził delikatnie plecy malca. Zresztą, nie tylko Deviego zmógł sen. Lassë już od dłuższej chwili spał nie przejmując się ciemnością i szalejącą burzą. Wdychając słodki zapach ciepłego piasku i woń barda, uśmiechał się lekko pod nosem, jakby przytrafiło mu się coś wyjątkowo dobrego. A przecież byli w bezustannym niebezpieczeństwie związanym z uciążliwą pogodą, Plemieniem Skorpionów, czy nawet ludźmi mogącymi wybrać się na zwiady.
Może minęła godzina, a może znacznie więcej czasu. Na pewno jednak wystarczająco niewiele, by Jean-Michael zdołał utrzymać swoją barierę. Piasek zaczął się wreszcie uspokajać, przemieszczał się w powietrzu zdecydowanie wolniej, a niebo wydawało się teraz osłonięte wyłącznie cieniutkim całunem, dzięki czemu światło słoneczne oświetlało ich kryjówkę.
Mag obudził delikatnie drzemiącego chłopca, by ten mógł się napatrzeć na oddalającą się i uspokajającą burzę. Malec nie wybaczyłby mu, gdyby nie miał okazji podziwiać tego magicznego niemal widoku. Poza tym chłopiec zdołał zapomnieć o niebieskich punkcikach, tak przerażająco przypominających oczy, które widział wcześniej. W pobliżu także nie było widać żadnego zagrożenia, toteż Devi w pełni skupił się na podziwianiu widoków, jakie roztaczały się ponad nimi.
- Jakie to piękne! - zapiszczał wyraźnie myśląc to, co mówił.
- Tak, masz rację. - mag skinął głową i pogłaskał zachwyconego chłopca. Cała jego uwaga skupiła się jednak w tamtej chwili na bardzie, który miał zadecydować, jak dalej powinni postępować. Nie chodziło już o wybranie drogi, ale o chwilę, w której będą mogli opuścić swoje bezpieczne schronienie. Piasek wokół bariery sięgał im do ud, a to oznaczało, że początkowo nie będzie łatwo przedzierać się ani przez tę przeszkodę, ani przez tę część pustyni, którą dopadła burza piaskowa. Poza tym, taka pogoda niosła ze sobą także inne niebezpieczeństwo, o którym Otsëa nie powiedział swoim przyjaciołom – tego rodzaju anomalie zazwyczaj porywały drobne żyjątka, jak chociażby skorpiony, rozbudzały ich wściekłość i czyniły je tym bardziej niebezpiecznymi dla wędrowców, którzy nie znaleźliby żadnej osłony przed nadciągającym piaskiem.
- Zostaniemy tu przez jakiś czas. - powiedział cicho Otsëa. - W tej chwili będzie to najlepsze rozwiązanie. Pustynia jest, jak żywe stworzenie, które musi nabrać sił i przyzwyczaić ciało do zmian, bądź pozwolić wszystkiemu wrócić na swoje miejsce. - wyjaśniał, a jego drżąca pierś obudziła ziewającego teraz elfa. - Kiedy ona poczuje się bezpiecznie, wtedy i my tacy będziemy. To rodzaj współpracy, jaka nawiązuje się między nami wszystkimi.
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy uzupełnić zapasy wody, jeśli mamy tutaj marnować czas? - Earen przyjrzał się dokładnie bardowi, jakby się obawiał, że ten jest niespełna rozumu.
- W tej chwili mamy inne zmartwienia. - Niquis wszedł im w słowo wskazując na jedno ze wzniesień powiększonych przez napływający piasek. Stał na nim mężczyzna, jak można było sądzić po posturze. Odziany w błękitno-białe szaty nie odrywał od nich wzroku, a przynajmniej tak mogło im się wydawać.
- K... Kto to? - siedmiolatek zadrżał wpatrzony w nieznaną sobie postać i od razu pomyślał o tych oczach, które widział pośród zawieruchy i piasku. Człowiek nie mógłby znieść takiej pogody, podobnie zresztą, jak każde stworzenie niezamieszkujące pustyni.
- Czy to możliwe, że odnalazły nas Skorpiony? - głos Lassë zadrżał.
- Nie, to wykluczone. - Otsëa dzielnie wyszedł przed swoją grupę i odpowiadał czujnym spojrzeniem na nie mniej uważne spojrzenie nieznajomego. - Nie podoba mi się to. To nie jest ani człowiek, ani Skorpion. Nie wiem kim jest, ale jedni nie wytrzymaliby burzy, a drudzy trzymaliby się od niej z daleka. Ktokolwiek to jest, zdołał wytrzymać tę zawieruchę i nie został rozszarpany przez piach, więc...
- Więc możemy znajdować się w niebezpieczeństwie? - podpowiedział Lassë i złapał barda za nogawkę spodni chcąc zmusić go do uklęknięcia przy nim. - Tutaj jesteśmy najbezpieczniejsi, prawda? Więc nie martw się tak bardzo.
- Zostaniecie tutaj, a ja wyjdę na tę wydmę i upewnię się, że nic nam nie zagraża od tamtej strony. - postanowił pewnym głosem. - Kiedy tylko powietrze się oczyści zostawię was na te kilka chwil. Nie pozwalam na żaden sprzeciw. - syknął na Lassë, który najwidoczniej planował wyrazić swój sprzeciw. - Jestem za was odpowiedzialny i mam zamiar spełnić swoje zadanie możliwie najlepiej.
- Ale narażanie się...
Jęk protestu został stłumiony mocnym pocałunkiem.
- Pójdę, a wy tu zostaniecie, czy wyrażam się jasno? - patrzył na elfa twardo, a ten aż zarumienił się pod jego spojrzeniem i w efekcie otwartego pocałunku, jaki otrzymał.
- T... Tak. - Czuł, że gotuje się w środku.
Niestety, im dłużej przychodziło im czekać na całkowite ustanie wiatru miotającego piaskiem, tym bardziej się denerwowali. Nie byli może bezpośrednio zagrożeni, ale jaką mogli mieć pewność?
Jean-Michael nie wytrzymał, kiedy patrzył na drżące ramiona swojego młodego podopiecznego. Zaproponował rozpostarcie kolejnej bariery, mniejszej i otaczającej wyłącznie Otsëa, który mógłby od razu upewnić się, co do ich położenia. Na to przystał nawet zamartwiający się o kochanka elf, zaś dla Otsëa było wybawieniem, gdyż nie potrafił usiedzieć na miejscu.
Mag połączył ich barierę z mniejszą tworząc między nimi drobne przejście. Wystarczyło, że bard znalazł się pod ochroną mniejszej kopuły mocy, a oddzieliły się od siebie stając się dwiema osobnymi. Mężczyzna nawet nie czekał na przyzwalające skinienie Jean-Michaela, które zapewniłoby go, że jest bezpieczny. Zwyczajnie ruszył po osypującym się piasku wydmy. Szło mu nadzwyczaj sprawnie, ale Lassë i tak nie spuszczał z niego oczu. Był gotowy jakimś cudem przedrzeć się przez barierę chroniącą jego i przyjaciół, jeśli okazałoby się, że jego ukochany potrzebuje pomocy. Nie było sensu ukrywać tego, co łączyło tych dwoje i jak dalece elf był zależny od swojego kochanka. Gdyby Otsëa coś się stało, chłopak zagubiłby się w życiu i na pewno nie zdołał wypełnić powierzonego mu zadania. Od barda zależało więcej niżby się mogli spodziewać.
Dwadzieścia minut później smok dołączył do nich i pozwolił by Lassë wtulił się w jego ciało. Elf zrobił się ostatnio wyjątkowo czuły i sam tej czułości poszukiwał, a bard nie potrafił mu tego odmówić. Przecież od czasu do czasu zastanawiał się, czy nie przyjdzie im zginąć w pewnym momencie. A jeśli życie straci tylko jedno, czy dwoje z nich? Czy naprawdę zdołają to wytrzymać? Nie ważne, którego z nich zabraknie, gdyż zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie tęsknił szalenie.
- Jesteśmy bezpieczni. Przynajmniej od tamtej strony. Kimkolwiek była istota, którą widzieliśmy, zniknęła. To nie musiał być ktoś istotny. Pustynia tylko pozornie jest pusta, zaś w rzeczywistości wypełniają ją żywe organizmy.
- A jeśli to był dżin? - Devi zapytał niepewnie i zadrżał, gdy bariera ochronna rozstawiona przez maga opadła całkowicie pozwalając im pooddychać prawdziwym powietrzem, nie zaś magicznie wydobytym poprzez piasek pod ich stopami. To mógł być ktoś niebezpieczny, prawda?
- Nie ma sensu bać się dżinów, póki nie upewnimy się, że istnieją. - upomniał go łagodnie Otsëa i rozsiadł się na piasku opierając plecy o swoją wypchaną torbę podróżną. To uzmysłowiło reszcie, że przez najbliższy czas mają pozostać w kręgu stworzonym dzięki barierze. W tej sytuacji Devi zajął się swoimi książkami, z których co trudniejsze fragmenty tłumaczył mu Jean-Michael. Może nie było to idealne rozwiązanie, gdyż każdy z podróżnych nadal czuł się niepewnie i obawiał najgorszego ze strony odzianego w błękit i biel nieznajomego, ale nie mogli popadać w paranoję.
Bezczynność im nie służyła, jak zawsze, kiedy musieli radzić sobie z niezaplanowanym postojem. Nie czuli się komfortowo na tej pustyni i bynajmniej nie miało to nic wspólnego z obcymi, czy burzami piaskowymi. Zupełnie jakby potrafili wyczuć, że w powietrzu unosi się smród zagrożenia i śmierci.
Otsëa wytężył wzrok wpatrując się w stronę, z której przyszli. Uważny i cichy zdawał się widzieć coś czego nie widzieli inni. Powąchał powietrze, ale subtelny wiatr nadal docierał do nich od strony, w którą zmierzali.
- Szlag! - syknął, a jego oczy były większe niż zazwyczaj. - Mamy towarzystwo.
Jego towarzysze wpatrywali się w horyzont, ale nie dostrzegli niczego.
- Lócënehtar – wyjaśnił bard. - Stąd jest dla mnie nie większy niż czerwona plamka krwi pozostająca po ugryzieniu insekta, ale tylko łowcy chodzą w czerwieni nawet na pustyni. Nie wiem, jak nas dogonił, nie wiem jak nas w ogóle znalazł, ale musimy go zgubić, jak najszybciej. Jeśli podejdzie zbyt blisko i znowu połączy się z Niquisem...
Jean-Michael patrzył na nich pytająco. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ani kim jest człowiek podążający ich śladem, jeśli naprawdę któreś z nich potrafiło go dostrzec. Nie dało się jednak zaprzeczyć temu, że wolałby być doinformowany.
Otsëa spojrzał uważnie na Deviego i maga, po czym skinął głową.
- Wyruszamy. Nie możemy tu zostać. W drodze powiem wam, o co chodzi.

1 komentarz:

  1. Hejeczka,
    cudnie, czy te oczy które widzial Devi należały do dżina, a potem ten kto ich obserwował i jeszcze Lockhart się pojawił no naprawdę... Niquis stara się być odważnym i nie pokazywać strachu...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń