niedziela, 13 października 2013

73. I wtedy zapadła cisza...

To rozstanie do najgorszych nie należało, chociaż na pewno mogłoby odbywać się w przyjemniejszej atmosferze, gdyby los był przychylniejszy podróżnym i samemu księciu Ifrytów. Niestety, na to nie mieli wpływu, a od ponownego spotkania dzieliły ich całe miesiące, o ile nie lata, czy wieki. Przecież wiele mogło się zdarzyć, wiele mogło stanąć im na drodze, śmierć mogła upomnieć się o któregoś z nich, bądź po wszystkich naraz. Przyszłość zawsze pozostawała niepewna.
Niquis z ciężkim sercem podał dłoń swojemu jednorazowemu kochankowi i czuł łzy zbierające mu się pod powiekami. Może przez ten krótki czas nie mógł przywiązać się przesadnie do mężczyzny, ale to, co zaczęło się rodzić między nimi było wystarczającym powodem do płaczu. Uczucie kiełkowało, ale nigdy nie miało zakwitnąć. Ten delikatny, piękny kwiat został wyrwany razem z korzeniem i tego nie mogło zmienić nawet złote jajo.
Tym czasem Earen wyraźnie cieszył się na bliskie pożegnanie Ifryta i jego wojowników. Nic do niego nie miał, ale nie podobał mu się fakt, że tiikeri wyraźnie się nim interesuje. Niquis należał do niego! I griffin nie miał najmniejszej ochoty pozwolić głównemu zainteresowanemu na ingerencję w tę decyzję. Skoro Earen uznał chłopaka za swojego, to tak właśnie było! I nie chodziło o żadne przedmiotowe traktowanie, czy inne bezsensowne pretensje, jakie mogłyby się pojawić, gdyby powiedział głośno to, co plątało mu się po głowie.
- Nie myśl sobie, że jeszcze go tkniesz. - rzucił griffin, kiedy podawali sobie z księciem dłonie, a on pociągnął mocniej za rękę Ifryta i pochylił się do jego ucha. - Nie oddam ci więcej Niquisa. Sprawię, że o tobie zapomni. - nie miał pewności, czy książę go zrozumiał, jako że uśmiechał się bez przerwy, a nawet skinął głową. Czy to możliwe, że nie chciał zatrzymać dla siebie chłopaka? Przecież to niemożliwe! Nikt nie pogodziłby się tak łatwo ze stratą kogoś takiego, jak ten tiikeri! Jasne, może i Earen pozwolił by ktoś inny zabrał mu go sprzed nosa, ale to był błąd, największy błąd, jaki mógł popełnić! Obwiniał za to swoją parszywą dumę i nieczułość, a teraz musiał wychodzić z siebie, by odzyskać zaufanie i chęci chłopaka.
- Nie za długo go obejmujesz? - Niquis zmarszczył brwi najwyraźniej coś wyczuwając. - To trochę podejrzane, bo nie zauważyłem żebyście byli przyjaciółmi.
- Widać czegoś jeszcze o nas nie wiesz. - Earen uśmiechnął się podejrzanie niewinnie i odsunął się od Fer-keel-sara. Ależ go irytował ten spokój Ifryta i jego uśmieszek! Chętnie rzuciłby się na niego z pięściami byleby widzieć jak mężczyzna wpada w złość, traci nad sobą kontrolę. Nie mógł być idealny! Nikt nie był. Jak ktoś taki, jak griffin miał równać się z ostoją pozytywnych emocji? W takiej sytuacji nigdy nie będą z tiikeri, bo niby jakim cudem Earen miałby pokonać księcia?
- Ruszcie się. - Otsëa ponaglił towarzyszy. - Musimy korzystać z umiarkowanych upałów, a później będzie tylko gorzej. My możemy tego nie wytrzymać, a co dopiero Devi.
Nikt nie zaprotestował, jako że w tej chwili to bard przejmował nad nimi dowodzenie. Spędził na pustyni więcej czasu, niż oni razem wzięci. Jeśli mieli dotrzeć do ludzkich miast, zaatakować z ukrycia, zdobyć przewagę pozwalającą na wykradzenie broni, to naprawdę potrzebowali siły i końskiego zdrowia. Każda przeszkoda mogła okazać się znacząca, może nawet uniemożliwiłaby wypełnienie misji. Jeśli jednak Dżiny naprawdę istniały, to Devi był kluczowym elementem tej gry. Tylko on miał szansę ujarzmić te myślące bestie, tylko on był człowiekiem, nawet jeśli był też dzieckiem.

Spod białych turbanów, które mieli na głowach, w miejscach, gdzie materiał odstawał od skóry, pot wpływał wąskim strumyczkiem i sączył się po skórze. Oddychali ciężko pod cienkimi chustkami, które odgradzały ich nosy i usta od unoszącego się w powietrzu piasku. Mimo cienkich, jasnych ubrań gorąc był nie do zniesienia, a torby ważyły o wiele więcej, niż w każdej innej sytuacji. Pustynia dawała im się we znaki, a przecież nie minęły nawet cztery godziny od kiedy wyruszyli w drogę o własnych siłach. Devi zataczał się już zmęczony, kiedy Jean-Michael wziął go na barana i obiecał nieść go tak całymi dniami, jeśli zajdzie potrzeba. Może i był w ten sposób bardziej obciążony, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na zignorowanie potrzeb chłopczyka. Jeśli będzie musiał to odda nawet życie za malucha, zasłoni go własnym ciałem przed palącym słońcem, każdy swój oddech odda jemu, a ze swoich kości każde przygotować dla chłopczyka broń, by mógł nią walczyć i być bezpiecznym. Jasne, miał nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale był przygotowany na wszystko. Liczył się tylko Devi!
O tego rozkosznego dzieciaka nikt jednak nie musiał się przesadnie martwić. Oczywiście, od czasu do czasu potrzebował pomocy, a jego mały organizm męczył się szybciej niż u dorosłego, ale wystarczył jeden słodki uśmiech, a to potrafił robić znakomicie, by poprawić humor każdemu i przyspieszyć bicie serca. Chłopiec był rozkoszny i rozczulający, a opatulony chroniącymi przed słońcem szatami przypominał małe sułtaniątko – dumne spojrzenie, wypięta do przodu pierś i siła, której nikt nie spodziewałby się po siedmiolatku. Naturalnie, Devi przyłączył się do nich z własnej woli, nie wiedząc do końca na jak ciężką podróż będzie skazany, ale teraz radził sobie znakomicie. Zresztą, od samego początku jego zachowanie świadczyło o psychicznej dorosłości.
- To chyba nie najlepszy moment, ale zastanawiam się, jak wygląda sytuacja z Plemieniem Skorpionów, o których kiedyś wspominałeś. - mruknął niepewnie Lassë zwracając się do barda. - Mamy odrobinę antidotum na ich jad, zaopatrzyliśmy się we wszystko, co trzeba u Ifrytów, ale jak właściwie mamy unikać kłopotów?
- Obawiam się, że to niemożliwe. - Otsëa wzruszył ramionami. - Pustynia to ich królestwo, więc jeśli nas znajdą to będzie po nas, bądź zwyczajnie bardzo kiepsko. Mamy na pewno dwa, trzy dni spokoju, bo Plemię wyczuje na odległość Skorpiony Bojowe, a od nich trzyma się z daleka. To barbarzyńcy, ale jednak inteligentni, więc nie sądzę byśmy mieli im uciec, jeśli zechcą nas dopaść.
- Poddaję się bez bicia, nie chcę tego słuchać. Wolę jednak nadal tkwić w niepewności. - z namysłem stwierdził elf i otarł twarz chusteczką zasłaniającą nos i usta.
- Przesadzasz. - dłoń Earena niby to przypadkowo otarła się o rękę Niquisa, kiedy zwracał się do Lassë. - Jeśli ich spotkamy nic na to nie poradzimy, ale w takiej sytuacji lepiej znać swojego wroga. Nie mam pojęcia, czy będziemy mieli z nimi najmniejsze chociaż szanse, ale wolę stanąć z nimi twarzą w twarz świadom tego, co mogą zrobić. - towarzysze słuchali go uważnie, kiedy wygłaszał swoje krótkie prelekcje. - Jesteście moimi przyjaciółmi, jakkolwiek idiotycznie to brzmi, nie próbowałbym temu zaprzeczyć, i zdaję sobie sprawę z tego, że w waszej obronie posunąłbym się do największych głupot. Tyle tylko, że jeśli mogę, wolałbym uniknąć problemów związanych z moim brakiem wiedzy.
- A tobie gorzej jakoś? - Niquis był bezpośredni i bezduszny, kiedy skwitował wypowiedź mężczyzny.
- Próbuję ci zaimponować! - Earen rozłożył bezradnie ręce. - A ty tak mnie traktujesz... - jeszcze do niedawna griffin sam chciał ukrywać to, że między nim, a tiikeri coś iskrzy, ale teraz pozbył się wszelkich obiekcji. Tak jak Lassë i Otsëa otwarcie okazywali sobie sympatię i nie kryli swojego związku, tak teraz on planował manifestować swoje przywiązanie.
- Pragnę zauważyć, że jest z nami dziecko. - wyniosłym głosem zauważył Jean-Michael. - A ono nie musi znać szczegółów z waszego życia płciowego.
Rzeczywiście, całkowicie o nim zapomnieli. Dla małego, ludzkiego chłopca ich związki mogłyby wydawać się nienormalne, bo niby skąd taki mały człowieczek miałby wiedzieć, że inne rasy z takich, czy innych powodów często łączą się w pary tej samej płci? W ludzkich społecznościach nie było to zbyt często praktykowane, a zdarzały się przypadki jawnego potępienia. Tylko tylko, że to właśnie człowiek przyczyniał się do wymierania gatunków, do zmniejszenia się populacji samic, co wiązało się także z narodzinami hybryd będących owocem związków mieszanych – połączenia dwóch zupełnie odmiennych ras. Niestety, bardzo rzadko dochodziło do sytuacji, w której hybrydy były płodne, toteż nikt nie starał się mieszać krwi z powodów innych niż miłość.
- Ale ja chcę wiedzieć! - mały ścisnął mocno rękę opiekuna. - Muszę wiedzieć, jeśli mam być kiedyś żoną! - upierał się, a jego wyznanie sprawiło, że na twarzach niewtajemniczonych dotąd osób pojawiły się rozbawione uśmiechy, których może nie było widać poprzez chusty, ale rozbawienie sięgało oczu, więc było przerażająco łatwe do odczytania.
- Rozmawialiśmy na ten temat, więc nie opowiadaj więcej takich rzeczy. - mruknął chyba zawstydzony tym mag, a chłopiec prychnął urażony.
- Jeżeli ty nie będziesz tego chciał, to będzie chciał ktoś inny! - jego oczka zwęziły się ostrzegawczo. Tak, mały mu groził, co do tego nie było wątpliwości. Jak on sobie coś ubzdura... Mały, uparty osioł!
- To nie jest odpowiedni moment na tego typu rozmowy. - Jean-Michael odważnie patrzył w te wściekłe oczka. - To nie jest romantyczna wycieczka, ale walka na śmierć i życie o przyszłość tego świata, więc skupmy się na tym.
Devi nie był przekonany, co do tego, ale też nie chciał się kłócić niemal równie mocno, jak pragnął postawić na swoim. Ostatecznie dał za wygraną. Na razie.
Zresztą, ich przyszłość nie wyglądała przesadnie barwnie na złotym, rozpalonym piasku za dnia i w otoczeniu przemożnego chłodu nocami. Chcąc utrzymać odpowiednią temperaturę spali zbici w ciasną grupkę nie wystawiając straży. Otsëa był odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo, a jego lekki sen pozwalał mu usłyszeć zbliżającą się istotę ze sporej odległości, jakby dźwięki unosiły się w powietrzu tylko po to, by zostać wyłapanymi przez wrażliwy słuch smoka. W tym wszystkim było także coś więcej niż zwyczajna przyjemność płynąca z ciepła. W tamtych chwilach, kiedy wtulali się w siebie nawzajem, byli jak „król szczurów” - jeden organizm składający się z wielu przypadkowo połączonych. Może nie myśleli o tym samym, ich pragnienia i plany były zupełnie różne, ale na pewno nikt nie zdołałby nastawić ich przeciwko sobie. Już nie.
Z nastaniem dnia temperatura ponownie wzrastała, a oni trzymali się od siebie z daleka nie chcąc dręczyć spoconej, wrażliwej skóry niepotrzebnym ocieraniem się o siebie. Pot zalewał ich ciała, przesiąkał przez ubrania. Mieli świadomość, że nieprzyjemny zapach ciągnie się za nimi, ale sami go nie odczuwali. Zdaniem Otsëa szukanie oazy z tak głupiego powodu jak kąpiel było zwyczajnie nieodpowiedzialne i powinni odłożyć jej szukanie na chwilę ostatecznego braku wody w bukłakach. Dopiero wtedy byłaby to gra warta świeczki, a niebezpieczeństwo związane z wchodzeniem na terany Plemion Skorpionów należałoby podjąć by przeżyć. W każdym innym przypadku brakowało temu sensu.
O wiele łatwiej było znaleźć jedzenie – zakopane w piasku węże, jaszczurki, co większe żuki, pustynne futrzaki. Bard oraz griffin wypijali ich krew by zaspokoić pragnienie, zaś wodę zostawiali swoim towarzyszom. Drapieżnik na pewno miał łatwiejsze życie toteż oszczędność sucharów elfów była zdecydowanie najwłaściwszym rozwiązaniem. Jak długo mogli coś upolować, tak długo nie musieli się martwić. Lassë nie mógł dzielić z nimi posiłku, zaś Deviemu nigdy nie podaliby surowego, czy krwistego mięsa. Ta dwójka żywiła się więc sucharami i miała prawo do większej ilości wody dziennie, chociaż tylko Devi korzystał z tego przywileju. Był dzieckiem, nie mógł oczekiwać, że poradzi sobie na pustyni bez tej drobnej przysługi ze strony przyjaciół. Nie czuł się jednak słaby, czy nieprzydatny, a jedynie nieprzygotowany, więc dawał z siebie wszystko i z każdym dniem był silniejszy na duchu i na ciele mimo wyczerpania, jakie czasami dawało mu się we znaki. Niemniej jednak, nie tylko on zmieniał się w ten sposób. Lassë, Niquis, Jean-Michael, a nawet Earen również nabierali powoli przekonania do swoich możliwości. Tylko Otsëa wiedział na co go stać i w przeciągu dwóch dni przeszedł na „tryb pustynny” najwyraźniej dobrze pamiętając czasy sprzed tatuażu i te zaraz po jego wykonaniu, o których wspomniał kiedyś odrobinę.
Naturalnie mieli swoje gorsze i lepsze dni, kiedy to byli w stanie wycisnąć z siebie więcej, czy też mniej niż przeciętnie. Niezmiennie jednak brnęli do przodu wspomagając się wzajemnie. W tej chwili, nawet gdyby chcieli, nie mogliby zawrócić do wioski Ifrtyów – byli od niej zbyt daleko. Dzięki Skorpionom Bojowym w kilka dni znaleźli się bliżej osad ludzkich niż za pomocą własnych nóg potrafiliby zajść w tydzień. Z ich obliczeń wynikało, że wody powinno starczyć im na osiem dni, a więc mieli jeszcze dobre dwa, zanim będą zmuszeni zboczyć z obranej trasy i szukać najbliższego źródła wody. Im szybciej dotrą do osad ludzi, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo starcia ze Skorpionami z Plemienia. Poza tym, pośród ludzi łatwiej było się ukryć, oszukać ich czujność, a w razie potrzeby uciec im. Biedota nie miała przecież dostępu do dżinów, jeśli naprawdę istniały, a więc nie mogła poprosić żadnej niezrozumiałej siły o pomoc w odnalezieniu nieproszonych gości. W tej chwili ich największym zmartwieniem było więc przejście pustyni ciągnącej się w nieskończoność.
- Nie chcę was niepokoić, ale mam złe przeczucie. - odezwał się szóstego dnia podróży bard. - Wyczuwam burzę, a to oznacza, że będziemy musieli urządzić sobie nieplanowany postój by się do niej przygotować. - powęszył w powietrzu, a Niquis i Earen poszli za jego przykładem. - Nadchodzi od strony ludzkich miast.
- Ile mamy czasu? - griffin rozejrzał się.
- Dwie, może trzy godziny.
- Skryjmy się za tą wydmą. - Earen wskazał większy nasyp pisakowy, który odgrodziłby ich chociaż odrobinę od strony, z której nadejdzie burza.
Otsëa skinął głową zgadzając się na to.
- Powiedz mi, czy potrafisz otoczyć nas barierą na wystarczająco długi czas. - odezwał się do Jean-Michaela, który skinął z namysłem głową.
- Jeśli nie będzie to trwało dłużej niż dwie godziny to wytrzymam. Później bariera zacznie słabnąć.
- To wystarczy żebyśmy nie zostali pogrzebani żywcem. - zawyrokował bard i ponaglił ich chcąc jak najszybciej znaleźć się pod osłoną wydmy.

1 komentarz:

  1. Hejka,
    fantastyczny rozdział, Earen wręcz zazdrosny o tiIkeri, ciekawe czy nasz książę wiedział o czym ten do niego mówił...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń