niedziela, 6 października 2013

72. I wtedy zapadła cisza...

Przemieszczanie się na grzbiecie Skorpiona Bojowego było najprawdopodobniej jeszcze gorsze niż patrzenie na niego od dołu. Wielka bestia nie tylko wydawała się sunąć do przodu niczym wąż, ale także nieprzerwanie wydawała skrzekliwe odgłosy, kiedy jej chitynowy pancerz poruszał się, ocierał o siebie. Wszystko, co stanęło na drodze Skorpiona przestawało istnieć pod jego czarnymi, ostrymi odnóżami, które niczym pale mogły wbić się w ciało większego stworzenia, zaś malutkie miażdżyło sprawiając, że jeździec niemal słyszał, jak ciało pęka pod wpływem ciśnienia krwi i wnętrzności, które wytryskiwały na złoty, gorący piach. Nawet czające się w piasku mniejsze skorpiony uciekały w popłochu wyczuwając nadejście ogromnej i niebezpiecznej bestii, która nie uważała ich za swoich krewnych bezlitośnie je rozgniatając.
Lassë miał ochotę odwrócić się tyłem do kierunku jazdy i wtulić w ciepłe, bezpieczne ciało Otsëa, ale nie mógł tego zrobić nie okazując swoich słabości. Nie mógł przecież wyjść na skończonego tchórza! To od niego zależała przyszłość, a więc musiał stwarzać pozory, musiał udawać. A jednak drżał za każdym razem, kiedy Skorpion nastąpił na jakieś żywe stworzenie i odgłos miażdżonego ciała rozchodził się dziwnym echem po pancerzu.
- W... wolę swoje nogi! - elf zająknął się.
- Ja także wolę twoje nogi. - odparł zaczepnie bard. - Są o wiele zgrabniejsze, niż Skorpiona i na pewno lepiej smakują, kiedy się je całuje.
Lassë uderzył lekko dłoń, którą obejmował go mężczyzna i pokręcił głową z rezygnacją. Mimo wszystko czuł się lepiej, kiedy mogli rozmawiać, flirtować. Byli przecież kimś więcej niż przyjaciółmi – byli kochankami, a elf naprawdę lubił to czuć całym sobą.
- Opowiedz mi o swoim życiu z Plemieniem Ifrytów. Jak ich poznałeś, jak nauczyłeś się ich języka... - poprosił niepewnie. Nie miał pojęcia, czy jego towarzysz ma w ogóle ochotę na wracanie pamięcią do tamtych chwil.
- To było niedługo po tym, jak zrobiono mi tatuaż. Miałem wrócić do domu, a później rozpocząć na nowo swoją podróż po świecie jako bard. Czasy były niespokojne, ludzie przejmowali dopiero kontrolę nad zamieszkanymi rejonami pustyni. Miałem to wątpliwe szczęście wpaść na cały regiment armii, który wracał ze zwiadu. Zostałem wzięty w ogień krzyżowy, bo w tym samym czasie Ifryci postanowili bronić swojego terytorium. Trochę im zawadzałem, więc Feer-keel-sar osobiście pozbawił mnie przytomności i ściągnął z pola walki. Nie chcę się rozwodzić nad szczegółami, bo nie jestem dumny z żadnej swojej porażki, a co dopiero z tamtej. Kiedy doszedłem do siebie było po wszystkim, a że książę trochę przesadził ze swoim atakiem, musiałem dochodzić do siebie przez jakiś czas. Chyba czuł się winny, bo przychodził do mnie często i powoli uczył swojego języka, a przy okazji wyłapywał pojedyncze słówka we wspólnej mowie. Nigdy nie była mu ona potrzebna, więc nie przykładał się do pracy, ale i tak radzi sobie wystarczająco dobrze. Z czasem zaczęliśmy się przyjaźnić, razem chodzić na polowania i na zwiady. Zaufał mi bezgranicznie, więc byłbym głupcem nie odwdzięczając się tym samym. Tyle, że miałem swoją misję i wyruszyłem dalej w drogę. Wiele się nauczyłem o pustyni i życiu na niej właśnie w tamtych czasach. Teraz nie narzekam, nawet jeśli w dalszym ciągu wstydzę się tamtej porażki.
- Dzięki temu nadal żyjesz i możesz nas teraz prowadzić. - zauważył Lassë i uśmiechnął się do siebie. - Może właśnie dlatego później się spotkaliśmy, a gdyby nie to pewnie zginąłbym nie docierając nawet do Puszczy Poległych, nie mówiąc już o dalszym wykonywaniu tej misji. Razem możemy zapobiec wojnie, możemy pokonać ludzi.
- Jesteś idealistą. - Otsëa położył głowę na ramieniu chłopaka i delikatnie muskał jego szyję tak by nikt nie dostrzegł szczegółów ich spoufalania się. - Nie ważne, co się wydarzy dalej, bo nawet w czasie wojny nie zamierzam pozwolić ci na samotną walkę. Tak się składa, że pewien nieporadny, niemal ślamazarny elf doprowadza mnie do szaleństwa na każdym kroku. I nawet jeśli boi się jeździć na Skorpionie Bojowym to zapomina o nim w mgnieniu oka, bo ja jestem blisko. - roześmiał się, bo tymi słowami przypomniał elfowi gdzie się znajduje i jak bardzo nie lubi jeździć na czymkolwiek. Wolał swoje nogi! Nie w taki sposób, jak Otsëa, ale jednak je wolał!
- Jesteś okropny! Paskuda! - piszczał zły, ale nawet nie próbował się wyrwać z objęć. Wiedział, że bezpieczniej być ofiarą drwin barda, niż skończyć z daleka od niego na grzbiecie wielkiego potwora. - Bestia! - jego wyzwiska sprawiały tylko, że smok śmiał się coraz głośniej i wyraźnie nie miał nic przeciwko takiemu traktowaniu. I tak był pewny uczuć Lassë. To się widziało w tych błyszczących, niewinnych oczach.

Droga na Skorpionach miała trwać trzy dni – tylko tak daleko Ifryci mogli ich poprowadzić. Wieczorami zatrzymywali się więc na postoje rozkładając namioty i wystawiając straże, a z samego rana wyruszali w dalszą drogę. Chociaż nie posługiwali się swoimi nogami, to nie dało się zignorować zmęczenia, jakie ogarniało grupę podróżnych nieprzyzwyczajonych do jazdy na Skorpionach Bojowych. Odgłosy, wysokość i ciągłe lekkie drżenie siedziska działało na nerwy, zaś to robiło ostatecznie swoje, przez co nawet Otsëa czuł, że żołądek podchodzi mu czasami do gardła. Jeśli na nim podróż odbijała się w taki sposób, to co musieli czuć jego towarzysze?
- Jak to możliwe, że wszystko mnie boli od siedzenia? - jęknął Jean-Michael rozmasowując krzyże podczas ostatniego postoju przed samotną drogą przez pustynię.
- To jest jak jazda konna. - łagodnie wyjaśnił bard. - Poruszasz się, chociaż tego nie odczuwasz póki nie zaczyna boleć. I tak jak do jazdy konnej można do tego nawyknąć.
- A mi się podoba! - mówił z uśmiechem Devi, który odzyskał całą radość życia i po którym nie było już widać choroby sprzed kilku dni. - Chciałbym takiego w domu. - przyznaje. - Kupisz mi?
- Oczywiście, jak tylko będą na sprzedaż, a że nie są... - mag wzruszył ramionami. - Musisz obejść się bez potwora, przykro mi.
- Więc znajdę sobie coś innego. - chłopca nie dało się niczym zrazić. Rozsiadł się zadowolony przy ogniu i obserwował, jak Ifryci pieką podpłomyki, którymi on później tak chętnie się zajadał. Był tak pocieszny, że od razu zdobył sobie sympatię eskortujących ich mężczyzn. Jego uśmiech wystarczał im w zupełności, nie musieli rozumieć sensu wypowiadanych przez niego słów.
Tym czasem Niquis skrył się w prowizorycznym namiocie, który postawiono na gorącym piasku i zamknął oczy próbując zapanować nad rosnącym bólem głowy. Jemu również dały się we znaki Skorpiony. Bardziej niż na ból całego ciała narzekał jednak na głowę i dobrze wiedział dlaczego tak się dzieje. Był ciągle zdenerwowany, kiedy jechał na tych wielkich bestiach i chociaż obecność Earena pomagała, to nie rozwiązywała całkowicie jego problemów.
Jean-Michael domyślił się tego toteż przyrządził mu szybki napar, który miał zredukować wszystkie problemy do minimum. Griffin nie był jednak przekonany, czy to naprawdę pomoże. Postanowił na własną rękę dorzucić odrobinę rozkoszy i zaproponował masaż, który miał rozluźnić spięte mięśnie, pobudzić ciało do walki z przeciwnościami.
Chociaż Niquis nadal był nadąsany to zgodził się. Skoro Earen sam oferował usługi, to czemu by go nie wykorzystać? Rozsiadł się na kocu i zdjął z siebie jasną szatę, w którą zaopatrzył się na czas podróży przez pustynię.
Griffin położył dłonie delikatnie na jego ramionach, ścisnął twarde mięśnie karku i słysząc syk chłopaka poluzował uchwyt. Tak, tiikeri zdecydowanie potrzebował tej odrobiny rozkoszy. Earen przystąpił do pracy kolejny raz uciskając spięte miejsca. Starał się być przy tym możliwie najbardziej delikatny żeby nie zostawić śladów sińców na ciele towarzysza, a także nie uszkodzić go nieumiejętną pracą. W końcu mężczyzna był wojownikiem, a nie samicą. To one zazwyczaj posiadały zdolność rozluźniania masażem. Przynajmniej w jego dawnej grupie właśnie tak to wyglądało. Kobiety potrafiły działać cuda swoimi sprawnymi dłońmi, jakby bez tego nie mogły być użyteczne. Jasne, Earen nigdy nie miał własnej samicy, ale to nie przeszkadzało mu korzystać czasami z ich umiejętności, a teraz mógł wykorzystać swoją oględną wiedzę.
Delikatnie zmienił ułożenie dłoni skupiając się dokładnie na mięśniach szyi. Ten dotyk musiał sprawić spiętemu chłopakowi nie mniej bólu, gdyż zastygł w bezruchu, ale im dłużej działał mężczyzna, tym spokojniejszy wydawał się Niquis.
- Czy mógłbyś nad nosem, między brwiami? Czuję tam jeszcze ucisk, a ty wiesz chyba co robisz.
- Nie wiem, ale mogę spróbować. - na twarzy griffina pojawił się lekki uśmiech. Przesunął się przed chłopaka i położył dwa palce we wskazanym wcześniej miejscu. Tiikeri zamknął oczy oddając się tym zabiegom z wyraźną przyjemnością i spokojem. Może nie ufał swojemu towarzyszowi, ale oddał się w jego ręce pozwalając na każdy dotyk i ruch.
- Tak jest lepiej. - przyznał cicho Niquis, a na jego ustach pojawił się uśmiech wskazujący na stan bliski zrelaksowaniu. Mężczyzna mógł być z siebie dumny.
- Zobaczysz, jeszcze cię w sobie rozkocham. - rzucił pewnym głosem griffin i dostał za karę w głowę. Najwidoczniej Niquis miał na ten temat całkowicie odmienne zdanie.

W innym niewielkim namiocie Devi leżał na brzuchu swojego opiekuna i wymachiwał nogami wpatrzony w zamyśloną twarz mężczyzny. Uśmiechał się przy tym niewinnie i naprawdę szczęśliwie. I bynajmniej nie chodziło o obietnicę kupienia mu Skorpiona Bojowego, gdyż chłopiec otrzymał już wyraźne potwierdzenie słów maga od barda – takie Skorpiony nie były na sprzedaż, więc można było je sobie obiecywać do woli.
Niemniej jednak, Jean-Michael zgodził się na inne zwierzątko, kiedy już wrócą bezpiecznie do domu, a Devi nadal będzie jakieś chciał. Mały był o tym przekonany, ale mag wątpił szczerze, czy przeżyją, a co dopiero martwić się zwierzakami? Zresztą, nawet nie mieli już domu! Ale mogą zawsze znaleźć nowy. W szczególności, jeśli Devi nauczy się leczyć i zacznie pracować jako młody lekarz. Wtedy będzie się im powodzić. A może wtedy chłopiec będzie chciał zatrzymać przy sobie maga jako swoje zwierzątko? To malec powinien mieć wątpliwości, czy poradzi sobie w życiu bez Jean-Michaela, a tymczasem teraz to on się nad tym zastanawiał. Czy był w stanie funkcjonować, bez swojego małego podopiecznego?
- Kociaku, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że twoje małe łokcie wbijają się w moją pierś i mnie maltretują? - chłopczyk podpierał, bowiem rękoma głowę, przez co jego kości wżynały się niemal we wrażliwe miejsce pod obojczykami.
- Ale tak jest wygodnie. - mruknął żałośnie Devi kładąc głowę na piersi mężczyzny, jakby ta była poduchą. - Kiedy będę już duży to zostanę twoją żoną. - wyznał z całym przekonaniem, na jakie mógł się zdobyć.
- Żywioły, co ty znowu wygadujesz? - Jean-Michael westchnął zbolałym głosem i przeczesał dłonią włosy. - Zacznijmy od tego, że masz dopiero siedem lat i musisz poczekać dobre dziesięć zanim pozwolę ci się spotykać z kimkolwiek. Nie wspominając już o czymkolwiek innym. Poza tym, jestem twoim ojcem, więc nie możesz być moją żoną.
- Mogę! Jesteś moim ojcem, bo nie znam prawdziwego i jestem jeszcze mały! Ale jak dorosnę, wtedy już nie będę potrzebował taty i wtedy zostanę twoją żoną! Więc nie szukaj sobie żadnej innej, bo ja jej nie pozwolę z tobą zostać!
- Najpierw zwierzątko, teraz żona... Coś ty sobie ubzdurał? - mężczyzna podniósł lekko głowę i spojrzał na rozłożonego na nim chłopca.
- Nic, po prostu chcę być twoją żoną. Jesteś najlepszy na świecie!
- To że jestem, to wiem, ale co ma z tym wspólnego żona? Przypominam ci także, że jesteś chłopcem, a ja jestem mężczyzną, a różnica wieku między nami jest ogromna. Kiedy ty będziesz gotowy na związki, ja będę już stary i niedołężny. Pewnie będę z trudem się poruszał, więc na co mi będzie wtedy żona?
Devi zmarszczył brwi zastanawiając się nad tym. Podniósł się siadając na brzuchu mężczyzny i skrzyżował ramiona na drobnej piersi.
- Będę ci gotował!
- Wrócimy do tej rozmowy za dziesięć lat, jeśli nadal będziesz o niej pamiętał, a teraz skup się na myśleniu o zwierzątku, jakie chcesz i nauce. Musisz opanować wiedzę z tych książek, które ci dałem zanim przystąpimy do praktyki i rozcinania żab. Każdy lekarz uczy się na żabach, bo przypominają od środka ludzi. - już on zadbał o to by zaprzątać głowę malca myślami innymi niż głupie pomysły, które pewnie podsunął mu Earen. Kto wie czego ta nieczuła bestia uczy jego podopiecznego. Zły wpływ otoczenia odbijał się na Devim, ale nie można było zabronić mu kontaktów z griffinem.
- Będę najlepszym lekarzem na świecie! - zapewnił chłopiec i zsunął się z brzucha maga na jego kolana. Pozwolił mężczyźnie usiąść i wtedy wtulił się w niego mocno ziewając. To wiele tłumaczyło. Skoro chłopiec był śpiący to musiał mówić głupoty, ale to nie likwidowało podejrzeń względem Earena. Ktoś musiał wpychać wszystkie te głupoty w głowę malca, gdyż sam nie wpadłby na głupi pomysł z żoną.
- Kładź się spać, mały potworze. Już najwyższy czas żebyś odpoczął. - mruknął mu do ucha i przeniósł go na rozłożony na ciepłym piasku koc. Chłopczyk chyba chciał kręcić nosem, ale już był niemal nieprzytomny. Nie ma to jak być dzieckiem i zasypiać w mgnieniu oka.

1 komentarz:

  1. Hejka,
    wspaniale, o tak Earen chce uczynić z Niques'a swojego to niech się postara, a Davi jakie ma pomysły...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń