niedziela, 9 marca 2014

90. I wtedy zapadła cisza...

Lassë czuł, że chociaż władca mrocznych elfów nie jest przychylny ich przedsięwzięciu wiążącym się z walką z ludźmi, to musi czuć względem nich pewną sympatię, skoro pozwolił im zostać i zaoferował rozmowę ze swoimi ludźmi oraz pomoc w dostaniu się do domeny krasnoludów. Wydał także polecenie, by jeden z jego najlepszych ludzi, brat dawnej ukochanej, zaprowadził ich przed oblicze wiekowego króla podziemnego ludu.
Najedzeni, lekko rozweseleni napitkiem podróżni zostali poprowadzeni do schodów wiodących w dół i w głąb góry. Wąski korytarz był całkiem ciemny, ale na tyle mały, że z łatwością można było oświetlić go jedną tylko pochodnią.
- Zachowujcie się rozsądnie i cicho, smok nie lubi rabanu. - upomniał ich elf i nie czekając na odpowiedź czy nawet dowód zaskoczenia, ruszył schodami jako pierwszy.
- Smok? - Lassë nie mógł się jednak powstrzymać.
- Mówię niewyraźnie? - odpowiedział pytaniem na pytanie drow, ale nie raczył się nawet odwrócić by udać zainteresowanie tematem. Jasne, mógł zgrywać ważniaka, ale nie wiedział, że ma do czynienia z kimś, dla kogo smoki nie były już taką tajemnicą. Sam się z jednym spotykał! Ba, nawet się kochali!
- Słyszałem, że jakiegoś tu więzicie, ale nie byłem pewny, czy to nie głupie plotki. - pozwolił sobie na odrobinę ironii. - W końcu smoki mają swoją własną siłę i rozum.
- Czyżbyś był znawcą? - prychnął lekceważąco ich przewodnik.
- Nie, ale bywałem tu i tam. - odpowiedział tajemniczo, w swoim mniemaniu, chłopak. - Nie mógłbym uważać się za znawce smoków, ale miałem do czynienia z ich łowcą. - ciężko powiedzieć, czy jego przedmowa wywarła jakieś wrażenie, gdyż drow nie wykonał żadnego szczególnego ruchu, niemniej jednak, nie skwitował tego żadnym komentarzem. W konsekwencji Lassë również postanowił siedzieć cicho.
Odpłynął myślami do kochanka, którego musiał pozostawić na pastwę ludzi, jeśli Ifryci i dżiny nie zdołają wyprowadzić ich w pole. Może przejmował się na zapas, ale i tak wolał znęcać się nad samym sobą, niż cieszyć się życiem, gdy Otsëa może walczyć o swoje, wylewać całe litry krwi, zdradzać tajemnicę swojego ludu, by uchronić tych, którzy ocaleli.
Nie, na pewno nie. Bard był przecież odpowiedzialny i uwielbiał Lassë do tego stopnia, że nie pozwoliłby sobie zginąć. Przecież kochali się, a przynajmniej czuli do siebie ogromny pociąg fizyczny i psychiczny, co nie pozwoliłoby zginąć ani jednemu, ani drugiemu. Co najważniejsze, nie było to nawet zależne od nich, gdyż to uczucia kierowały ich poczynaniami. Tak jak oni nie chcieliby zostawać sami, tak samo nie uśmiechała im się sytuacja, kiedy to musieliby zostawić bliską sobie osobę.
Tymczasem Anis milczał nie wdając się w dyskusje i nawet nie próbując nawiązać kontaktu z mrocznym elfem. Nie odzywając się słowem, podążał śladem przewodnika coraz głębiej w litą, wydrążoną niesamowicie silną ręką, skałę.
Jak to możliwe, że smok dostał się w to miejsce? Czyż umiejętność zmiany ciała nie przyszła wraz z prześladowaniami, które wypędziły je z legowisk i zmusiły do ukrywania się? Lassë nie pojmował jak to możliwe by wielska bestia wchodzi pod ziemię, w skałę, wąskim przejściem... A może gdzieś tutaj było jakieś inne, większe? Przecież smok byłby ślepy i niezdolny do normalnego funkcjonowania, gdyby nie pozwolono mu wyjść na słońce chociaż na chwileczkę. Kiedy pomyślał, że ktoś mógłby uwięzić jego kochanka na całe stulecia, czuł dreszcze przechodzące po całym ciele, drażniące każdą jego cząsteczkę, niepokojące, bolesne, niemożliwe do zniesienia. Otsëa był przecież szczęśliwy korzystając z wolności, jaką oferowało mu udawanie zwyczajnego barda. Dlatego się poznali, dlatego byli ze sobą. Ponieważ Otsëa czerpał pełnymi garściami z tego, co jeszcze mógł robić, kiedy Lócënehtarzy kręcili się w dalszym ciągu po całym świecie i wyszukiwali smocze niedobitki.
Elf bał się tego, co może zobaczyć, był przerażony samymi domysłami. A jeśli smok jest katowany, ślepy i rzeczywiście przetrzymywany w tym miejscu siłą? Czy można znieść taki widok?
- Ym... - chłopak chciał o to zapytać, ale ostatecznie zrezygnował. Nie chciał wyjść na mięczaka w sytuacji, kiedy ma przecież prosić innych o pomoc w walce. Nie pomogą mu, jeśli uznają, że pragnie ich wykorzystać, narazić, gdy sam będzie się tylko ukrywał. A przecież nie taki miał plan! Chciał wrócić do kochanka z całą armią i stanąć odważnie u jego boku, by wspólnie walczyli o swój świat, o przyszłość. Nigdy nie odwróci się od tych, którzy narażają się dla niego, nawet jeśli nie robią tego bezpośrednio w imię jego dobrobytu.
- To przejście między domenami. - oświadczył nagle mroczny elf, a jego głos odbił się od ścian jaskini, w której się znaleźli. Nie był to jednak jedyny dźwięk, jaki można było tu usłyszeć. Z jednego z ogromnych przejść ozwał się donośny ryk. A więc smok naprawdę istniał i teraz ciężkie kroki zbliżały się z każdą chwilą. - Pilnuje skarbu, do którego i tak dostać potrafią się tylko najważniejsze krasnoludy oraz tego właśnie przejścia. - wyjaśnił mężczyzna, jakby było to oczywiste. Jeśli zachowujesz się bardzo cicho, wtedy możesz nawet przemknąć szybko bez jego wiedzy. Ale nie próbowałbym tego. Jeśli wyczuje obcy zapach, nie skojarzy go z nikim, kogo widział danego dnia, wtedy jest w stanie znaleźć niechcianego gościa zanim ten zejdzie z góry.
Lassë miał ochotę zadać pytanie by potwierdzić to, co było już oczywiste, ale ostatecznie podarował sobie kompromitację. Wpatrywał się za to w przejście, z którego właśnie wyłoniła się ogromna bestia o srebrnych łuskach i oczach czarnych jak węgiel. Nie był podobny do Otsëa, który wydawał się piękny, silny. Ten zdawał się grupy, upasiony, przesadnie odżywiony, stary, ociężały.
- To smok czy zwierzątko domowe? - wyrwało się dżinowi.
- Jeśli go zdenerwujesz przekonasz się na własnej skórze. - ostrzegł mroczny elf, który odezwał się do smoka w nieznanym innym języku. W tym czasie Lassë i Anis mogli patrzeć na przyglądającą się im uważnie spasioną bestię. Nic dziwnego, że ta beka nie szukała wolności skoro tak dobrze się jej powodziło w tym miejscu. Dokarmiana, pewnie nagradzana przez krasnoludy za dzielne strzeżenie skarbu, z całą pewnością nie wiedziała już jak się lata, albo z trudem mogła unieść swoje tłuste cielsko tymi wyglądającymi na kruche i słabe skrzydełkami.
- Musicie zaczekać tutaj z nim na to, by ktoś po ws przyszedł i zabrał do króla krasnoludów. Pójdę poinformować jego ludzi, a wy... cóż, zajmijcie się czymś. - drow wzruszył obojętnie ramionami i uśmiechnął się do siebie. Dobrze wiedział, że spędzanie jakiegokolwiek czasu sam na sam ze śmierdzącym, podejrzliwym smokiem nie może być przyjemne i wyjść im na dobre. Zresztą, to miejsce również nie należało do przyjemnych ze względu na leżące tu i tam kości. Cuchnęły niedojedzonym, gnijącym mięsem, a Żywioły raczą wiedzieć, czy wśród nich nie znalazłoby się innych ras, może nawet pobratymców Lassë.
- Niezłe mieszkanko. - zagaił chłopak, co jego towarzysz skwitował przewracając oczyma, a smok zignorował z czającą się w spojrzeniu drwiną. Może to dobrze, że drow nie był przy tym obecny? Im mniej osób wiedziało, jak się wydurnia, tym większe było prawdopodobieństwo, że takie informacje nie rozniosą się po okolicy. - To może ja się przymknę? - zaproponował sam sobie elf i rozejrzał się po naprawdę wielkiej grocie szukając dla siebie jakiegoś zajęcia. Tyle tylko, że tutaj zupełnie nie było co robić! Nic dziwnego, że smok tak tył skoro nie miał wielu rozrywek w tym miejscu. Nie to, co Otsëa.
Myśli elfa kolejny raz odpłynęły w stronę ukochanego, którego pozostawił na polu walki. W stronę jego ciała, rzadkiego uśmiechu, gorących uczuć, sarkazmu i delikatności, a także jego smoczej formy. Ogromnego ciała o szlachetnym wyglądzie, idealnych proporcjach, cudownych oczach błyszczących złotem, ostrych kłach nie czyniących mu krzywdy.
„Czy to normalne, że już za tobą tęsknię?” zapytywał sam siebie, oszukując umysł myślami, że kieruje pytanie do barda. „To chore, nie uważasz? Ile czasu minęło tak naprawdę od dnia, kiedy ostatni raz się widzieliśmy? Kiedy nasze drogi się rozeszły? Dlaczego tak łatwo pozwoliłeś mi odejść? Jestem niepoważny, prawda? Jestem od ciebie uzależniony i wydaje mi się, że powinniśmy być nierozłączni. To zdecydowanie nienormalne, nieodpowiedzialne i egoistyczne. Kiedy stałem się egoistą? Czy to ty mnie rozpieściłeś? Tymi spragnionymi pocałunkami, kochającymi dłońmi, drobnymi radościami? Oszalałem! Jestem pewien, że oszalałem! I to z twojego powodu! Nie ma cię, nie możesz mnie usłyszeć, bo nie jesteś dżinem, a mimo wszystko próbuję do ciebie mówić. Czy cokolwiek czujesz, kiedy to robię?”

Pochylony nad mapą Otsëa sunął palcem po wyznaczonej przerywaną linią granicy starcia. Po swojej stronie mieli teraz więcej osób niż poprzednio, ale nada za mało by równać się z wojskami ludzi. Gdyby tylko istniał sposób na pozbycie się wroga z całego obszaru nie zabijając nikogo... To mogłoby nie zniechęcić ludzi do dalszego knucia, ale równocześnie ocaliłoby wiele istnień. Było więc niemożliwe, bo świat od zawsze lubił pławić się w krwi. Na tę wojnę nie było lekarstwa, tak jak nie znalazł go nikt podczas dwóch poprzednich Wojen Ras, podczas powolnego, brutalnego tępienia smoków. W ludzkiej naturze nie leżało poddawanie się, ustępowanie pola innym rasom. Człowiek był zarazą, która atakowała wszystko i wszystkich, zabijała każdą istotę, która nie była jej sprzymierzeńcem, nie była nią. Jak trucizna krążyli w żyłach tego świata i powoli wyniszczali komórki tworzące ciało rzeczywistości. Byli ewolucją zmieniającą wszystko według własnych zasad, którymi nie planowali się z nikim dzielić.
- Powinniśmy uderzyć od razu. - wyraził swoją opinię jeden z ifrytów. - Nie spodziewają się nas, nie zdążą odpowiedzieć na atak.
- Ludzie są jak karaluchy, które ciężko zabić. - przerwał mu szalony, biały Wilk, który wywalczył sobie dowodzenie nad pobratymcami jeszcze zanim poprowadził ich na tę wojnę. - Powinniśmy zaatakować ich nocą, kiedy ich nienawykłe do mroku oczy nie zdołają nas dostrzec, a tym samym nie ostrzegą przed atakiem. Powinniśmy wracać każdej nocy, nie pozwolić im spać, zmęczyć ich, sprawić by byli zdenerwowani, popełniali błędy.
- Dniami błąkaliby się bez celi i zmagali z burzami piaskowymi. - przyznał bardzo wysoki, białowłosy dżin, który najwyraźniej był wysoko postawiony w hierarchii Duchów Pustyni. - Piasek będzie gorący, niektórym stopi podeszwy butów, uniemożliwi dalszą wędrówkę, zabije.
- Musimy działać ostrożnie i czekać na posiłki. - przypomniał im Otsëa, który tak po prostu stanął na czele wszystkich zanim w ogóle ktokolwiek to zauważył. - Im więcej będziemy mieli w zanadrzu, tym łatwiej ich zaskoczymy, a zaskoczenie potrafi zabić skuteczniej niż jakakolwiek broń. Pierwsze błędy, nieprzemyślane, pospieszne decyzje, bezsensowne kroki. Potrzebujemy więcej ludzi, więc teraz możemy wykorzystać tylko siły magii, które nie wymagają bezpośredniego starcia. - Także chciałbym się ich pozbyć, nienawidzę ich może nawet bardziej niż wy, ale to nie zwalnia nikogo z kierowania się rozsądkiem. Ludzie są głupi, wolno kojarzą fakty, a więc nie od razu zrozumieją co się dzieje, gdy w grę wchodzić będzie moc.
- Co więc proponujesz? - Ifrytowi nie podobał się taki obrót spraw.
- Postąpimy zgodnie z propozycją dżinów. Oni rozpętają burzę piaskową, którą podgrzejecie. Niech piasek wypala im oczy, niszczy gardła, wdziera się w każdy zakamarek ciała. Będą cierpieć większe katusze niż podczas bezpośredniego starcia.
- Zbyt mało ich zginie. - mruknął niezadowolony Ifryt. - Powinniśmy ich przetrzebić jak najszybciej.
- Mogą mieć swoich magów. - odezwał się nieśmiało niemal Jean-Michael, który do tej pory siedział cicho i przyglądał się, przysłuchiwał, analizował. - Nienawidzą inności, ale mogą wykorzystywać moc magów. To hipokryci.
- Zapytajmy jednego z nich. - rzucił wilk i pazurami rozdarł materiał namiotu, w którym siedzieli. Opadł na ziemię ukazując leżącego na niej małego podsłuchiwacza, który zdziwiony nie mógł zupełnie uciec. Nie spodziewał się, że zostanie odkryty.
- Devi! - warknął Jean-Michael i w kilku krokach znalazł się przy chłopcu łapiąc go za ucho, jak niegrzeczne dziecko, którym przecież był. Wyszedł z namiotu razem z pojękującym chłopcem, który zarumienił się jak papryczka czując na sobie spojrzenia wszystkich.
- Au, au, au! - piszczał, kiedy znaleźli się poza miejscem narad. - Puść, puść, puść!
- A czemu mam puścić, ty niegrzeczny robaczku! - skarcił go mężczyzna. - Mówiłem, że masz siedzieć w naszym namiocie i nigdzie się nie kręcić, a ty bezczelnie postanowiłeś przysunąć uszko do ściany? - nie krzyczał, ale warczał.
- Bo to niesprawiedliwe! Dlaczego ja nie mogę?! - mały miał łzy w oczach. - Ja też jestem ważny!
- Oczywiście, że jesteś. Ale jesteś też mały! Za mały! - mag puścił go i przesunął dłonią po włosach.
- Nie jestem już mały! Byłem duży! - uparciuch.
- Chcesz żebym płakał? - spróbował od innej strony Jean-Michael. - Chcesz? A ja będę bardzo płakał, jeśli coś ci się stanie. I dlatego chcę żebyś został w naszym namiocie. Powiem ci co ustaliliśmy, ale nie mieszaj się w to, robaczku. - patrzył na robaczka błagalnie, więc robaczek skinął głową, ale wcale mu się to nie podobało. Ani, ani! - Dziękuję.
- Nie dziękuj, jestem na ciebie zły. - oświadczył chłopiec i z nadąsaną miną ruszył w stronę, z której wcześniej podkradł się pod miejsce narad.

1 komentarz:

  1. Hejeczka,
    wspaniały rozdział, no no mały robaczek podsłuchujący, ale Jean-Michael go skarcił, ale tak myślałam że Otsea usłyszał te pytania i myśli Lasse...
    weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń