Rambë obudziła nagła zmiana podłoża, na którym spała. Jeszcze niedawno nieprzyjemnie twarde, teraz odznaczało się wręcz irytującą miękkością. Otworzyła gwałtownie oczy zaskoczona tym faktem, kiedy w końcu do zaspanego umysłu zaczęły docierać jakiekolwiek bodźce z zewnątrz i rozejrzała się w ciemności. Początkowo nie mogła dostrzec niczego, ale z czasem jej oczy przyzwyczaiły się do panującego w pokoju mroku.
Leżała na łóżku, choć nie miała pojęcia, jak w ogóle do tego doszło, a obok niej siedziała wpatrzona w nią tymi wielkimi, lazurowymi oczyma Haydee. Rambë odsunęła się od gwałtownie, ale jej plecy natrafiły na ścianę. Była w potrzasku.
- Rambë, Rambë, Rambë... - Haydee pokręciła głową wypowiadając imię kobiety delikatnie, jakby mówiła do niepokornego dziecka. - Naprawdę sądzisz, że cię skrzywdzę? Próbowałam, ale mi przeszkodzono, więc nie zamierzam narażać się kolejny raz. Wręcz przeciwnie. Należymy do siebie, Rambë. Jesteś moją siostrą w Żywiole i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Nie obawiaj się mnie. - dziewczyna wyciągnęła powoli rękę i dotknęła miękkimi opuszkami palców policzka hybrydy, która nie miała już nawet sposobności, by wycofać się jeszcze bardziej. - Nie obawiaj się. - powtórzyła i przysunęła się bliżej. Ciepłe palce przesunęły się na usta Rambë pozostawiając na policzku łaskoczącą subtelnie ścieżkę dotyku.
Utkwione w lazurowej głębinie spojrzenie hybrydy spłynęło na idealne, drobne usta znajdującej się naprzeciwko niej kobiety, a następnie przez łabędzią szyję do idealnych, jasnych piersi. Dopiero teraz przypomniała sobie, że nie mają na sobie nic poza lichą bielizną osłaniającą najbardziej intymne części ich ciał. Z jakiegoś powodu chłonęła widok tej śnieżnobiałej skóry, która wydawała się nienaturalnie jaśnieć w mroku pokoju i mogła przysiąc, że jest w stanie dostrzec nawet różowe, drobne sutki Haydee.
Na pięknej, okolonej jasnymi włosami twarzy pojawił się subtelny, ale niebezpieczny uśmiech. Dziewczyna zbliżyła się jeszcze bardziej i zmarszczyła drobny nosek.
- Usiądź, proszę. Jakkolwiek ta pozycja nie wydaje mi się najgorsza, może być niekomfortowa na dłuższą metę. - zwróciła się do na wpół leżącej, na wpół siedzącej na boku towarzyszki. - O wiele lepiej. - przyznała, kiedy Rambë usiadła splatając nogi, ale wciąż opierając się o ścianę za nią.
Haydee najwyraźniej uznała to za jakiś niezrozumiały rodzaj zachęty, ponieważ zbliżyła się jeszcze bardziej do nie wiedzącej, co robić hybrydy. Była tak blisko, że ich piersi zetknęły się ze sobą, a oddechy splatały w gorącym tańcu.
- Co... co ty...? - Rambë nie zdążyła nawet dokończyć pytania, kiedy niesamowicie miękkie i gorące usta Haydee niemal zmiażdżyły jej wargi. Gdyby hybryda nie opierała się o ścianę, teraz najpewniej uderzyłaby o nią głową. Spróbowała odepchnąć od siebie kobietę, ale jej ramiona wydawały się pozbawione jakiejkolwiek siły.
Tymczasem jasnolica wsunęła dłoń w niewielką szparę, jaka powstała między ścianą, a szyją dziewczyny i przyciągnęła ją bliżej siebie. Jej drobne usta muskały odrobinę bardziej szorstkie i pełniejsze wargi zdecydowanie, ale niewinnie, póki Rambë nie nabrała gwałtownie powietrza. Wtedy dopiero Haydee naprawdę zaatakowała. Wsunęła język głęboko w usta partnerki, nie pozwoliła aby między ich ustami pojawiła się chociażby najmniejsza szparka i całowała ją namiętnie. Jej całe drobne, delikatne ciało przylgnęło zdecydowanie do większego, ale smukłego ciała hybrydy. Ich skóry dzieliły wzajemnie swoje ciepło, ich piersi zgniatały się nawzajem, łona wydawały się łączyć.
Ile czasu zajęło Rambë poddanie się i zamknięcie oczu? Ciężko powiedzieć, ale w końcu coś pchnęło ją ku temu aby ulec. Spróbowała oddać pocałunek i szybko złapała rytm, jaki nadała im jasnowłosa.
- Oddychaj przez nos. - poleciła słodkim głosem, kiedy hybryda spróbowała nabrać powietrza ustami, co sprawiło, że ciszę nocy przeciął mało romantyczny, zabawny w swojej dwuznaczności dźwięk.
Rambë posłuchała, kiedy Haydee kolejny raz złączyła namiętnie ich usta. Drobne, jasne dłonie wsunęły się w ciemne, gęste włosy partnerki, zaś hybryda położyła swoją dłoń na karku dziewczyny ściskając go lekko, masując. Jej umysł początkowo pędził, nie mógł pojąć co się dzieje, ale teraz wydawał się pusty, pozbawiony myśli, w pełni pochłonięty tym, co działo się z jej ciałem. Całowała Haydee i była przez nią całowana, czuła mrowienie rozpalonej bliskością skóry, z każdą chwilą czuła się pewniej i zaczynała dominować, a nie tylko pozwalać sobą kierować. Spoczywająca na karku jasnolicej dłoń, teraz zsunęła się na wąską, delikatną talię. Rambë naparła na partnerkę i kiedy ta objęła ją mocno za szyję, położyła ją powoli na pościeli, niemal kładąc się przy tym na niej. Nie myślała o tym, co robi, działała instynktownie, ale nie poruszała się po omacku. Niejednokrotnie widziała, jak rodzice okazują sobie czułość, czasami zdarzało się jej wrócić do domu zbyt wcześnie i nakryć ich w trakcie pieszczot będących w różnym stadium zaawansowania. Teoria wzajemnej bliskości dwójki osób nie była jej więc obca, jednak praktyka wymagała trochę więcej zaangażowania i dlatego hybryda dała się bez reszty pochłonąć tym nowym dla niej doznaniom, które pamiętała niejasno ze snu.
Przerwała pocałunek nabierając głęboko powietrza i tylko nieznacznie uchyliła powieki. Przesunęła spojrzeniem po naprawdę ślicznej twarzy Haydee, po jej drobnym, smukłym, jasnym ciele i pochyliła się nad tą łabędzią szyją całując ją, kąsając i liżąc od muszelki ucha do samego ramienia. Nawet nie wiedziała do końca kiedy, jej ręka spoczęła na piersi partnerki ściskając ją lekko, badając jej strukturę i wrażliwość. Podobało jej się to, co czuła pod palcami i całą powierzchnią dłoni. Ten ciepły, miękki ciężar, który poddawał się jej dotykowi, jakby mogła modelować kształt pieszczonej powoli piersi, rozkoszowała się drażniącą sztywnością sutka, który ujęła między palce ściskając lekko i rozcierając między nimi niczym malinę. Pchana impulsem i zachęcona pragnieniem, pochyliła się nad klatką piersiową Haydee i początkowo dla próby objęła miękkimi wargami twardą już brodawkę. Possała, pogładziła językiem i niemal uśmiechnęła się dumna z siebie słysząc ciche westchnienie kobiety. W pewnym momencie ujęła drobny sutek w zęby i unosząc głowę szarpnęła. Nie za mocno, ale tak, aby sprawić nie tylko rozkosz lecz także odrobinę bólu. Kącik jej ust uniósł się zawadiacko ku górze, kiedy jasnowłosa jęknęła głośno.
Kolejny raz złączyły się w namiętnym, gwałtownym pocałunku. Początkowo po prostu przyciągały się do siebie bliżej i bliżej, jakby chciały wtopić się w siebie nawzajem, ale nie trwało to dłużej niż minutę, po której ich dłonie powędrowały do bielizny. Rambë odsunęła się dając partnerce możliwość całkowitego rozebrania się i sama zrobiła to samo. Przez chwilę obserwowały się nawzajem, jakby planowały zapamiętać jak najwięcej szczegółów swoich ciał, ale Haydee szybko znudziła się bezczynnością. Usiadła wyciągając przed siebie ramiona i obejmując hybrydę za kark. Całując się, liżąc na zmianę wnętrze swoich ust, muskając się językami, położyły się na pościeli na boku. Ich nogi splotły się na chwilę, łona przylgnęły do siebie, dłonie dotykały namiętnie piersi i pośladków. W pewnym momencie nie potrafiły już nawet powiedzieć, która z nich była dotykana, a która poddawała się dotykowi. Ich umysły dryfowały po słodkich wodach przyjemności. Rambë była jednak świadoma swojej wilgoci na udach i rozchodzącego się łaskoczącym ciepłem po jej podbrzuszu podniecenia. Domyślała się także, że to samo musi czuć jej partnerka. Nabrała co do tego pewności, kiedy jedna z jej nóg, znajdująca się pomiędzy udami Haydee, przesunęła się bliżej dotykając gorącej, wilgotnej płci drugiej kobiety. To sprawiło, że aż zakręciło się jej w głowie.
Jasnowłosa jako pierwsza sięgnęła dłonią między nogi Rambë, dotykając powoli, delikatnie wilgotnego ciała. To sprawiło, że z ust hybrydy wydobyło się ciche westchnienie. To było przyjemne, naprawdę przyjemne. Nabrała głęboko powietrza zaskoczona, kiedy nagle palce kobiety wsunęły się w nią bez zapowiedzi. Nie wiązało się to z bólem, którego zawsze się obawiała. Uczucie było jednak dziwne, trudne do opisania, z jednej strony obce, z drugiej niejako naturalne i przyjemne. Z niejaką obawą starała się naśladować ruchy swojej partnerki, kiedy w końcu sięgnęła swoją dłonią do jej płci. Gorące i jeszcze bardziej wilgotne niż początkowo sądziła ciało poddało się jej pieszczotom. Przygryzła wargę, kiedy powoli, niepewnie wsuwała w Haydee palce. Miała wrażenie, że natrafiła na lekki opór, ale nie była do końca pewna, ponieważ już po chwili przyjemna miękkość otuliła jej palce i dziewczyna nie myślała już o niczym.
Ich gorące oddechy mieszały się ze sobą, kiedy oddawały się pocałunkom, skóra ocierała się o skórę, a rozkosz rosła w nich z każdą chwilą, by w końcu eksplodować. Rambë westchnęła głośno, jej mięśnie spięły się i szybko rozluźniły i wydawało jej się, że z jej ciała wypłynął wrzątek. Dopiero teraz zaczęła odczuwać nieprzyjemną, lepką wilgoć całego ciała, była spragniona i zmęczona, co wydawało jej się niemal dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że przecież ona i Haydee nie były szczególnie aktywne podczas tego zbliżenia. A jednak ciało Rambë nie mogło kłamać i zanim dziewczyna w ogóle zdążyła przeanalizować całą sytuację na spokojnie, odpłynęła w przeciągu jednej, niebywale krótkiej chwili.
Hybryda zerwała się do siadu w przeciągu jednej krótkiej chwili, kiedy to jej umysł zaczął jasno pracować. Rozejrzała się wokół siebie zaskoczona. Leżała na podłodze, obok obudzonego jej nagłym zrywem Deviego. Spojrzała na łóżko, na którym wciąż spała Haydee i zarumieniła się. To był tylko sen. Oczywiście, że tak! W przeciwnym razie przecież nie pozwoliłaby się tknąć nieznajomej, niebezpiecznej kobiecie, która wyraźnie miała jakieś niecne zamiary wobec jej przyjaciół.
- Co się dzieje? - Devi przetarł zaspane oczy.
- Nie, nic. Zły sen. - skłamała szybko lub może tylko po części, ponieważ sama nie wiedziała jak powinna się odnieść do tego, co zaszło we śnie między nią a Haydee.
- A proponowałem żebyś spała na łóżku...
Spojrzenie, jakie posłała mu dziewczyna zamknęło mu usta. Było jasne, że chciała trzymać się z daleka od tej jasnej niczym odbijający się od powierzchni jeziora promień słońca kobiety.
- Śpij dalej. - poleciła mu i sama ułożyła się na plecach utkwiwszy wzrok w poszarzałym suficie. Ten sen był tak realny, tak dręcząco prawdziwy, że mimowolnie zadrżała przypominając go sobie.
Obok niej Devi zwinął się w kłębek na boku i otulił kocem, jakby chciał nim zastąpić gorące ramioa bliskiej sobie osoby.
Rambë spojrzała na łóżko, ale nie widząc niczego dała sobie spokój i zamknęła oczy. Nie łudziła się, że zaśnie, ale też nie miała tego w planach. Sen, nawet jeśli intensywny i niecodzienny, pozwolił jej naprawdę wypocząć. Chciała zawołać Haydee, upewnić się, że kobieta naprawdę śpi, ale nie zrobiła tego. Przyjaciel leżał przy niej i na pewno uznałby to za podejrzane, a nie chciała zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi.
Jej myśli dryfowały wszędzie i nigdzie, kiedy poczuła na sobie czyjś wzrok. To było jak dręczące swędzenie, którego nie sposób dosięgnąć i podrapać. Otworzyła oczy odwracając głowę w stronę Deviego, ale to nie jego spojrzenie zwróciło jej uwagę.
- Haydee? - zapytała unosząc głowę by widzieć łóżko.
- Tak? - odpowiedział jej dźwięczny, cichy głos.
- Nie, nic. Chciałam się tylko upewnić, że to ty.
- A kto inny? - jasnolica śmiała się z niej cicho. - Wiem o czym myślisz. - dodała tajemniczo. - Masz moc Kruka, prawda?
Rambë wciągnęła głośno powietrze do płuc. Czy to przyszło jej do głowy chociaż raz? Jak mogła o tym zapomnieć? Nawet jeśli dziedzictwo Kruków w jej krwi było wciąż uśpione, to jednak miała w sobie krew szamana, miała dar przemieszczania się między światami, a to znaczyło, że sen był snem, ale jednocześnie był też prawdą. Aż zakręciło jej się w głowie.
- O, Żywiole... - jęknęła.
- Rambë, czy naprawdę masz powód aby się tym przejmować? Wiesz kim jestem, nie lubisz mnie, ale to napięcie między nami nie musi prowadzić do nienawiści, ani do przyjaźni.
- Silne uczucia przenikają się, ale nie muszą. - przyznała z westchnieniem hybryda. Słyszała o przypadkach, kiedy odwieczni wrogowie stawali się kochankami, ludzie na skraju rozpaczy oddawali się rozkoszy cielesnej szukając ukojenia dla duszy. Przeciwieństwa potrafiły się neutralizować, kiedy były wystarczająco silne.
- Od ciebie zależy, co będzie między nami, czy zechcesz mnie poznać, czy zechcesz zrozumieć, czy postanowisz nadal pałać do mnie niechęcią spowodowaną tym, kim jestem.
- Daj mi czas, muszę o tym pomyśleć.
- Masz go, Rambë. Ja nigdzie się nie wybieram, podróżuję z wami. Chyba, że przehandlujecie mnie i zostawicie z Niedźwiedziem. - powiedziała z urazą jasnowłosa.
- Cóż, może tego nie zrobimy. - hybryda uśmiechnęła się do siebie zadowolona z faktu, że nawet Haydee potrafiła się czasami dąsać. Czy nauczyła się tego w czasie podróży z nimi, czy może zawsze to potrafiła nie było istotne. Zaczynała zachowywać się jak normalny człowiek, a to czyniło z niej kogoś, kogo można było polubić.
niedziela, 26 czerwca 2016
niedziela, 19 czerwca 2016
40. Wspomnienia nadchodzących czasów
Chociaż pasja z jaką Eressëa podszedł do Strażnika wzbudzała niepokój, towarzysze zawsze byli gotowi podążać za smokiem bez słowa zwątpienia. Nawet w tej chwili patrzyli na niego z pełnym zaufaniem, czekając na jego decyzję, co do dalszego postępowania. Ten z kolei przyglądał im się zamyślony, jakby oceniał ich na podstawie wyglądu, jak zwykli to robić obcy.
- Musimy odpocząć i zjeść w końcu coś sensownego, pożywnego. Rambë, zostaniesz z Haydee...
- Zapomnij! - hybryda prychnęła buntowniczo opierając dłonie na biodrach. - Chcesz żebym stała z plastrem miodu pośrodku lasu pełnego niedźwiedzi? Wyglądam na samobójczynię? Nie? No właśnie!
- Dobrze, zrozumiałem aluzję! - prychnął smok i zdjął z siebie płaszcz zarzucając go na Haydee. Naciągnął kaptur na głowę dziewczyny i upewnił się, że nikt nie zwróci na nią większej uwagi, ani przypadkowo nie dostrzeże jej urody. Nie potrzebowali kłopotów w miejscu, do którego się wybierali. Wręcz przeciwnie, mieli pozostać w miarę możliwości niezauważeni.
Choć smok nie miał pojęcia, w którą stronę powinien się kierować, wybrał drogę na oślep i śledził wiszące nad drzwiami sklepów i gospód szyldy. Cieszył się, że podążający za nim przyjaciele nie zadawali żadnych pytań, ponieważ nawet nie udzieliłby im na nie odpowiedzi. Jego motywy nie były ich sprawą. Miał przeczucie i za nim podążał, ale to nie brzmiałoby zbyt dobrze, gdyby został zmuszony do powiedzenia tego głośno. Może nawet napotkałby na opór z ich strony, a tego nie potrzebował.
Długi czas krążyli głównymi ulicami oraz ich odgałęzieniami, zanim Eressëa w końcu trafił na miejsce, które uznał za właściwe. „Pod Niedźwiedzią Łapą” głosił powieszony nad drzwiami szyld. Smok nie czekał na komentarze towarzyszy, ale wszedł do środka obrzucając rozległe pomieszczenie szybkim spojrzeniem. Ocenił sytuację i wskazał towarzyszom miejsce pod jedną ze ścian – idealny punkt obserwacyjny. Syknął pod nosem widząc w przy jednym ze stolików mężczyznę, który wcześniej pomógł im uwolnić się od wilka i jego popapranych towarzyszy. Może i był go ciekaw, ale nie chciał się z nim spotkać. Nie od razu, nie tak wcześnie.
Ponaglającym gestem pospieszył grupę, aby usiadła w wyznaczonym dla nich, umiarkowanie zacienionym i nierzucającym się w oczy miejscu. Sam rozsiadł się na ławie zwrócony tyłem do drewnianej ściany budynku, a przodem do nie tak znowu tłocznego wnętrza gospody.
Nie minęło wiele czasu, zanim podeszła do nich tęższa kobieta w średnim wieku, będąca najwidoczniej właścicielką lokalu sądząc po swobodzie z jaką się poruszała i po pewności siebie, którą emanowała. To Devi był tym, który złożył zamówienie, jako osoba najczęściej obcująca z ludźmi i wychowana w mieście. Chłopak domyślił się, że im szybciej pozbędą się kobiety, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo przyciągnięcia czyjegokolwiek wzroku.
Nie rozmawiali ze sobą, a jedynie czekali na posiłek. Smok lustrował uważnie osoby siedzące przy poszczególnych stołach, starał się ocenić ich wiek i rasę. Jego spojrzenie pasło nagle na jedną ze służących dziewcząt. Niezbyt wysoką, piegowatą młodą kobietę z burzą kręconych, rudych włosów, które idealnie podkreślały jej zielone oczy. Patrzył na nią niczym zahipnotyzowany, jego oczy były wielkie, a usta uchylone. W pewnym momencie niemal zerwał się ze swojego miejsca.
Devi zareagował natychmiastowo, jakby był na to przygotowany. Łapiąc siedzącego obok mężczyznę za ręce, powstrzymał go przed podniesieniem się. Wszyscy spojrzeli pytająco na Eressëa, który potrząsnął głową, jakby ocknął się ze snu. Oparł czoło na dłoni opartej łokciem o stół ręki i zamknął oczy oddychając ciężko.
O co chodziło? Skąd ta reakcja? Tego był świadomy tylko on sam i najwyraźniej nie planował dzielić się myślami z nikim.
- Co się z tobą dzieje? - zapytał szeptem Devi. - Nie jesteś sobą i nie chodzi już o Haydee. Eressëa...
- Nic! - syknął w odpowiedzi mężczyzna. - Nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Zamyśliłem się, odpłynąłem i tyle.
- Skoro tak mówisz.
- Tylko skończ zachowywać się jak osioł. - Seet-Far wtrącił się do rozmowy. - Nie jesteś już sam. Masz nas czy tego chcesz, czy nie i musisz zaakceptować fakt, że nie czytamy w twoich popieprzonych myślach. Jeśli nie powiesz nam, co dzieje się w twojej głowie, nie odgadniemy tego nigdy.
Eressëa patrzył na mieszańca w milczeniu.
- Masz rację. - przyznał w końcu. - Ale nie chcę żebyś wiedział, co dzieje się w mojej głowie, więc nie widzę w czym tkwi problem.
- Jaki ty jesteś upierdliwy!
- Dziękuję, chociaż pozwolę sobie zauważyć, że obaj jesteśmy, mój drogi. - smok uśmiechnął się nieznacznie samym kącikiem ust.
Ich zamówienie wylądowało na stole, a karczmarka zatrzymała spojrzenie na wciąż zakapturzonej Haydee. Otrzymała jednak zapłatę, toteż nie powiedziała ani słowa i odeszła nie mieszając się w nieswoje sprawy.
- Czy teraz dowiem się dlaczego uganiamy się za Niedźwiedziem? - Rambë zadała pytanie, kiedy tylko zauważyła, że jej towarzysze zamierzają zabrać się za jedzenie w ciszy, jakby posiłek i odpoczynek rzeczywiście były jedynym powodem, dla którego znaleźli się w tej a nie innej karczmie. - Nie patrzcie tak na mnie. Jestem niedoświadczona, ale nie głupia. - prychnęła poirytowana. - Jesteśmy otoczeni przez Niedźwiedzie, przez bandę wielkich, masywnych i z pewnością bardzo silnych mężczyzn, którzy nie mają nic wspólnego z naszą misją. Grupa dzieci Ziemi, które jedzą ryby nie przybliży nas do żadnego z Czempionów Pradawnych Żywiołów. Nawet jeśli ten cały Licho oparł się jakoś czarom i urokom Haydee, nadal nie widzę sensu w tym, co robimy. Skąd ta obsesja, Eressëa?
- Zakochałeś się? - Seet-Far skorzystał z okazji aby wtrącić się do rozmowy dogryzając smokowi.
- Tak, w tobie.
- Uważaj bo jeszcze ci uwierzę. - prychnął mieszaniec.
- Jest w nim coś, co mnie intryguje. - smok powiedział to tak, jakby jeszcze przed chwilą nie bawił się w słowne przepychanki z chłopakiem. - Na początku nie byłem tego taki pewny, ale teraz wiem na pewno, że jest młody, ma ponad trzydzieści, może czterdzieści lat, ale niewątpliwie należy do bardzo silnych. Wprawdzie nie był obojętny na uroki Haydee, ale oparł się temu. Gdyby gustował w mężczyznach, nie dziwiłbym się temu, ale to nie ten typ. Mam wrażenie, że Licho może wiedzieć kim ona jest i dlatego był w stanie pokonać to przyciąganie. To możliwe? - spojrzał na zakapturzoną dziewczynę.
- Nie wiem. - przyznała i spojrzała na smoka tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczyma. - Nigdy dotąd nie przebywałam pośród tylko osób, nie spotkałam takich, którzy byliby w stanie mi się oprzeć.
Rambë odwróciła wzrok od przyjaciół i przyglądała się klienteli karczmy. Gdyby tylko była w stanie, powiedziałaby swoim towarzyszom kim najprawdopodobniej jest ta piękna nieznajoma, która tak okręcała sobie wszystkich wokół palca, jednakże coś wciąż jej na to nie pozwalało.
- Jeżeli wie kim jest Haydee i potrafi się jej oprzeć, powinniśmy oddać ją w jego ręce. To znaczy pod jego opiekę! On się nią zajmie, a my wrócimy po nią, kiedy wypełnimy swoje zadanie. - zdołała powiedzieć bez trudu, chociaż kiedy starała się ubrać w słowa myśli dotyczące tej pięknej, niebezpiecznej dziewczyny, dotyczące jej pochodzenia, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Czuła się przez to poirytowana i winna, zupełnie jakby oszukiwała przyjaciół, chociaż przecież nie mogła nic zrobić.
- Pomyślę o tym. - zapewnił. - Na razie potrzebujemy odpoczynku. Devi, zapytasz o dwie kwatery. Jedna na Haydee i Rambë... - widząc spojrzenie tej ostatniej zawahał się – I dla ciebie. - dodał. - Drugie dla mnie i Seet-Fara.
To zadowoliło hybrydę, która niemal się uśmiechnęła. Eressëa rozumiał, że nie chce spać sama w pokoju z kobietą, której nie ufała nawet w najmniejszym stopniu i którą uważała za niebezpieczną. Devi był kimś, do kogo nie tylko miała pełne zaufanie, ale i była w stanie powierzyć mu swoje życie. Na początku może nie zgadzali się do końca we wszystkim i toczyli swoje małe wojny, ale teraz byli sobie niewątpliwie bliscy. Zresztą, Devi był ostatnią osobą, która mogłaby jej w jakikolwiek sposób zagrażać. Nie interesował się kobietami, nie interesował się także mężczyznami. Jedyną osobą, do której wydawał się żywić jakieś prawdziwie intymne uczucia był jego opiekun. Tak przynajmniej wyglądały sprawy na chwilę obecną.
Devi skinął głową posłusznie i podniósł się momentalnie. Nie trzeba było mu niczego powtarzać. Po prostu oddalił się od zajmowanego przez nich stolika podchodząc do kontuaru, za którym stała teraz młoda dziewczyna, może nawet córka właścicielki, sądząc po tym, jak swobodnie się tam czuła.
Pokój był niewielki, stanowczo za mały dla trzech osób, ale tylko takie były wciąż dostępne Pod Niedźwiedzią Łapą. Rambë postanowiła oddać całe łóżko do dyspozycji Haydee, a sama spać razem z Devim na podłodze. Chłopak chciał ją odwieść od tego pomysłu, ale niewiele mógł zdziałać, nie mając żadnej sensownej alternatywy. Było ich w końcu troje, a mogli podzielić się jedynie jednym, dwuosobowym łóżkiem. Jasne, zawsze to Rambë i Devi mogli rozłożyć się na nim wygodnie, jednakże chłopak nie miał zamiaru kazać jakiejkolwiek kobiecie spać na ziemi, podczas kiedy on miałby zajmować łóżko. Był przecież mężczyzną, a to zobowiązywało, nawet jeśli zdaniem hybrydy było to głupie i nierozsądne.
Rozebrali się, czego nie mieli okazji robić od wielu dni, a przynajmniej nie do snu. Zostali w samej bieliźnie, z czego Devi czuł się bardzo nieswojo. Rambë rozumiała, co ma na myśli. W końcu jedynie dolne partie ich ciał były w jakiś sposób osłonięte i chociaż dziewczyna wzięła koc z łóżka okręcając się nim dokładnie, wiedziała, jak ciężko musi być chłopakowi oswoić się z faktem, że ma obok siebie dwie niemal nagie kobiety.
Nie myśląc za wiele, Devi wyszedł by wrócić po chwili z własnym kocem pożyczonym z pokoju smoka i mieszańca.
- Nie musiałeś. - zauważyła trochę zdziwiona hybryda. - Przecież bym się na ciebie nie rzuciła... Oh, no tak. - speszyła się. - Nie chodzi o mnie tylko o ciebie, ale przecież ty też mnie nie dotkniesz, więc...
- Rambë... - Devi westchnął cicho – Spałaś kiedyś z mężczyzną lub z kimkolwiek innym od kiedy dorosłaś i przestałaś wślizgiwać się nocami do łóżka rodziców?
- Skąd wiedziałeś, że....
- Większość dzieci chyba tak robi, kiedy jest blisko z rodzicami. Nie ważne. Podejrzewam jednak, że nie miałaś okazji i nie wiesz jak się wtedy zachowujesz. Nie żebym miał na to zareagować, ale wątpię żebym mógł się wyspać z twoimi piersiami rozlewającymi się po moich plecach, jeśli okaże się, że jesteś typem, który lubi się przytulać.
- Skąd wiesz, że ci się to nie spodoba, skoro nie chcesz nawet spróbować? - Haydee przyglądała im się swoimi wielkimi, lazurowymi oczyma.
Devi wyobraził sobie siebie otoczonego tymi dwiema, niewątpliwie pięknymi kobietami. Ich ciepłe, niemal gorące, gładkie ciała, pełne, jędrne piersi, miękkie, delikatne usta, drobne języczki i skrzywił się mimowolnie. O ile mógł znieść myśl o tym, jak przytulają się nagie do jego nagiej skóry, o tyle pocałunek... Nie, jednak nie. Myśl o seksualnej intymności sprawiał, że odczuwał coś na wzór obrzydzenia.
- Nie chcę próbować. - powiedział zdecydowanie.
- Gdyby jednak miał to być mężczyzna... - Haydee zwiesiła głos, świdrowała chłopaka spojrzeniem.
Devi spróbował odtworzyć w myślach poprzednią scenę, jednak tym razem posłużył się w tym celu Eressëa oraz Seet-Farem. Skinął głową wydymając odrobinę usta.
- Tak, tego mógłbym spróbować. - przyznał, co sprawiło, że dziewczyna prychnęła jakby rozeźlona.
„Czyżby w końcu zaczęła rozumieć, dlaczego nie ma władzy nad Devim?” pomyślała nie bez satysfakcji Rambë. Sama na początku była tym poirytowana, ale to miało miejsce jakiś czas temu. Całe wieki temu, przyszło jej do głowy. Wieki temu, kiedy podejrzewała, że zakochuje się w Devim. Prawda była jednak taka, że niedługo później uświadomiła sobie swoje prawdziwe uczucia. Devi był dla niej jak brat i właśnie tak go kochała. Kiedy to do niej dotarło, od razu przestała być zazdrosna o Jean-Michaela, bo tak chyba nazywał się ukochany opiekun Deviego.
- Powinniśmy w końcu się położyć. - przypomniał im w końcu chłopak, który najwyraźniej miał już dosyć poświęcanej mu uwagi. - To może być nasza ostatnia spokojna noc pod dachem.
Temu nie sposób było zaprzeczyć i ten argument w pełni wystarczył aby jego towarzyszki ułożyły się do snu.
- Musimy odpocząć i zjeść w końcu coś sensownego, pożywnego. Rambë, zostaniesz z Haydee...
- Zapomnij! - hybryda prychnęła buntowniczo opierając dłonie na biodrach. - Chcesz żebym stała z plastrem miodu pośrodku lasu pełnego niedźwiedzi? Wyglądam na samobójczynię? Nie? No właśnie!
- Dobrze, zrozumiałem aluzję! - prychnął smok i zdjął z siebie płaszcz zarzucając go na Haydee. Naciągnął kaptur na głowę dziewczyny i upewnił się, że nikt nie zwróci na nią większej uwagi, ani przypadkowo nie dostrzeże jej urody. Nie potrzebowali kłopotów w miejscu, do którego się wybierali. Wręcz przeciwnie, mieli pozostać w miarę możliwości niezauważeni.
Choć smok nie miał pojęcia, w którą stronę powinien się kierować, wybrał drogę na oślep i śledził wiszące nad drzwiami sklepów i gospód szyldy. Cieszył się, że podążający za nim przyjaciele nie zadawali żadnych pytań, ponieważ nawet nie udzieliłby im na nie odpowiedzi. Jego motywy nie były ich sprawą. Miał przeczucie i za nim podążał, ale to nie brzmiałoby zbyt dobrze, gdyby został zmuszony do powiedzenia tego głośno. Może nawet napotkałby na opór z ich strony, a tego nie potrzebował.
Długi czas krążyli głównymi ulicami oraz ich odgałęzieniami, zanim Eressëa w końcu trafił na miejsce, które uznał za właściwe. „Pod Niedźwiedzią Łapą” głosił powieszony nad drzwiami szyld. Smok nie czekał na komentarze towarzyszy, ale wszedł do środka obrzucając rozległe pomieszczenie szybkim spojrzeniem. Ocenił sytuację i wskazał towarzyszom miejsce pod jedną ze ścian – idealny punkt obserwacyjny. Syknął pod nosem widząc w przy jednym ze stolików mężczyznę, który wcześniej pomógł im uwolnić się od wilka i jego popapranych towarzyszy. Może i był go ciekaw, ale nie chciał się z nim spotkać. Nie od razu, nie tak wcześnie.
Ponaglającym gestem pospieszył grupę, aby usiadła w wyznaczonym dla nich, umiarkowanie zacienionym i nierzucającym się w oczy miejscu. Sam rozsiadł się na ławie zwrócony tyłem do drewnianej ściany budynku, a przodem do nie tak znowu tłocznego wnętrza gospody.
Nie minęło wiele czasu, zanim podeszła do nich tęższa kobieta w średnim wieku, będąca najwidoczniej właścicielką lokalu sądząc po swobodzie z jaką się poruszała i po pewności siebie, którą emanowała. To Devi był tym, który złożył zamówienie, jako osoba najczęściej obcująca z ludźmi i wychowana w mieście. Chłopak domyślił się, że im szybciej pozbędą się kobiety, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo przyciągnięcia czyjegokolwiek wzroku.
Nie rozmawiali ze sobą, a jedynie czekali na posiłek. Smok lustrował uważnie osoby siedzące przy poszczególnych stołach, starał się ocenić ich wiek i rasę. Jego spojrzenie pasło nagle na jedną ze służących dziewcząt. Niezbyt wysoką, piegowatą młodą kobietę z burzą kręconych, rudych włosów, które idealnie podkreślały jej zielone oczy. Patrzył na nią niczym zahipnotyzowany, jego oczy były wielkie, a usta uchylone. W pewnym momencie niemal zerwał się ze swojego miejsca.
Devi zareagował natychmiastowo, jakby był na to przygotowany. Łapiąc siedzącego obok mężczyznę za ręce, powstrzymał go przed podniesieniem się. Wszyscy spojrzeli pytająco na Eressëa, który potrząsnął głową, jakby ocknął się ze snu. Oparł czoło na dłoni opartej łokciem o stół ręki i zamknął oczy oddychając ciężko.
O co chodziło? Skąd ta reakcja? Tego był świadomy tylko on sam i najwyraźniej nie planował dzielić się myślami z nikim.
- Co się z tobą dzieje? - zapytał szeptem Devi. - Nie jesteś sobą i nie chodzi już o Haydee. Eressëa...
- Nic! - syknął w odpowiedzi mężczyzna. - Nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Zamyśliłem się, odpłynąłem i tyle.
- Skoro tak mówisz.
- Tylko skończ zachowywać się jak osioł. - Seet-Far wtrącił się do rozmowy. - Nie jesteś już sam. Masz nas czy tego chcesz, czy nie i musisz zaakceptować fakt, że nie czytamy w twoich popieprzonych myślach. Jeśli nie powiesz nam, co dzieje się w twojej głowie, nie odgadniemy tego nigdy.
Eressëa patrzył na mieszańca w milczeniu.
- Masz rację. - przyznał w końcu. - Ale nie chcę żebyś wiedział, co dzieje się w mojej głowie, więc nie widzę w czym tkwi problem.
- Jaki ty jesteś upierdliwy!
- Dziękuję, chociaż pozwolę sobie zauważyć, że obaj jesteśmy, mój drogi. - smok uśmiechnął się nieznacznie samym kącikiem ust.
Ich zamówienie wylądowało na stole, a karczmarka zatrzymała spojrzenie na wciąż zakapturzonej Haydee. Otrzymała jednak zapłatę, toteż nie powiedziała ani słowa i odeszła nie mieszając się w nieswoje sprawy.
- Czy teraz dowiem się dlaczego uganiamy się za Niedźwiedziem? - Rambë zadała pytanie, kiedy tylko zauważyła, że jej towarzysze zamierzają zabrać się za jedzenie w ciszy, jakby posiłek i odpoczynek rzeczywiście były jedynym powodem, dla którego znaleźli się w tej a nie innej karczmie. - Nie patrzcie tak na mnie. Jestem niedoświadczona, ale nie głupia. - prychnęła poirytowana. - Jesteśmy otoczeni przez Niedźwiedzie, przez bandę wielkich, masywnych i z pewnością bardzo silnych mężczyzn, którzy nie mają nic wspólnego z naszą misją. Grupa dzieci Ziemi, które jedzą ryby nie przybliży nas do żadnego z Czempionów Pradawnych Żywiołów. Nawet jeśli ten cały Licho oparł się jakoś czarom i urokom Haydee, nadal nie widzę sensu w tym, co robimy. Skąd ta obsesja, Eressëa?
- Zakochałeś się? - Seet-Far skorzystał z okazji aby wtrącić się do rozmowy dogryzając smokowi.
- Tak, w tobie.
- Uważaj bo jeszcze ci uwierzę. - prychnął mieszaniec.
- Jest w nim coś, co mnie intryguje. - smok powiedział to tak, jakby jeszcze przed chwilą nie bawił się w słowne przepychanki z chłopakiem. - Na początku nie byłem tego taki pewny, ale teraz wiem na pewno, że jest młody, ma ponad trzydzieści, może czterdzieści lat, ale niewątpliwie należy do bardzo silnych. Wprawdzie nie był obojętny na uroki Haydee, ale oparł się temu. Gdyby gustował w mężczyznach, nie dziwiłbym się temu, ale to nie ten typ. Mam wrażenie, że Licho może wiedzieć kim ona jest i dlatego był w stanie pokonać to przyciąganie. To możliwe? - spojrzał na zakapturzoną dziewczynę.
- Nie wiem. - przyznała i spojrzała na smoka tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczyma. - Nigdy dotąd nie przebywałam pośród tylko osób, nie spotkałam takich, którzy byliby w stanie mi się oprzeć.
Rambë odwróciła wzrok od przyjaciół i przyglądała się klienteli karczmy. Gdyby tylko była w stanie, powiedziałaby swoim towarzyszom kim najprawdopodobniej jest ta piękna nieznajoma, która tak okręcała sobie wszystkich wokół palca, jednakże coś wciąż jej na to nie pozwalało.
- Jeżeli wie kim jest Haydee i potrafi się jej oprzeć, powinniśmy oddać ją w jego ręce. To znaczy pod jego opiekę! On się nią zajmie, a my wrócimy po nią, kiedy wypełnimy swoje zadanie. - zdołała powiedzieć bez trudu, chociaż kiedy starała się ubrać w słowa myśli dotyczące tej pięknej, niebezpiecznej dziewczyny, dotyczące jej pochodzenia, nie była w stanie nawet otworzyć ust. Czuła się przez to poirytowana i winna, zupełnie jakby oszukiwała przyjaciół, chociaż przecież nie mogła nic zrobić.
- Pomyślę o tym. - zapewnił. - Na razie potrzebujemy odpoczynku. Devi, zapytasz o dwie kwatery. Jedna na Haydee i Rambë... - widząc spojrzenie tej ostatniej zawahał się – I dla ciebie. - dodał. - Drugie dla mnie i Seet-Fara.
To zadowoliło hybrydę, która niemal się uśmiechnęła. Eressëa rozumiał, że nie chce spać sama w pokoju z kobietą, której nie ufała nawet w najmniejszym stopniu i którą uważała za niebezpieczną. Devi był kimś, do kogo nie tylko miała pełne zaufanie, ale i była w stanie powierzyć mu swoje życie. Na początku może nie zgadzali się do końca we wszystkim i toczyli swoje małe wojny, ale teraz byli sobie niewątpliwie bliscy. Zresztą, Devi był ostatnią osobą, która mogłaby jej w jakikolwiek sposób zagrażać. Nie interesował się kobietami, nie interesował się także mężczyznami. Jedyną osobą, do której wydawał się żywić jakieś prawdziwie intymne uczucia był jego opiekun. Tak przynajmniej wyglądały sprawy na chwilę obecną.
Devi skinął głową posłusznie i podniósł się momentalnie. Nie trzeba było mu niczego powtarzać. Po prostu oddalił się od zajmowanego przez nich stolika podchodząc do kontuaru, za którym stała teraz młoda dziewczyna, może nawet córka właścicielki, sądząc po tym, jak swobodnie się tam czuła.
Pokój był niewielki, stanowczo za mały dla trzech osób, ale tylko takie były wciąż dostępne Pod Niedźwiedzią Łapą. Rambë postanowiła oddać całe łóżko do dyspozycji Haydee, a sama spać razem z Devim na podłodze. Chłopak chciał ją odwieść od tego pomysłu, ale niewiele mógł zdziałać, nie mając żadnej sensownej alternatywy. Było ich w końcu troje, a mogli podzielić się jedynie jednym, dwuosobowym łóżkiem. Jasne, zawsze to Rambë i Devi mogli rozłożyć się na nim wygodnie, jednakże chłopak nie miał zamiaru kazać jakiejkolwiek kobiecie spać na ziemi, podczas kiedy on miałby zajmować łóżko. Był przecież mężczyzną, a to zobowiązywało, nawet jeśli zdaniem hybrydy było to głupie i nierozsądne.
Rozebrali się, czego nie mieli okazji robić od wielu dni, a przynajmniej nie do snu. Zostali w samej bieliźnie, z czego Devi czuł się bardzo nieswojo. Rambë rozumiała, co ma na myśli. W końcu jedynie dolne partie ich ciał były w jakiś sposób osłonięte i chociaż dziewczyna wzięła koc z łóżka okręcając się nim dokładnie, wiedziała, jak ciężko musi być chłopakowi oswoić się z faktem, że ma obok siebie dwie niemal nagie kobiety.
Nie myśląc za wiele, Devi wyszedł by wrócić po chwili z własnym kocem pożyczonym z pokoju smoka i mieszańca.
- Nie musiałeś. - zauważyła trochę zdziwiona hybryda. - Przecież bym się na ciebie nie rzuciła... Oh, no tak. - speszyła się. - Nie chodzi o mnie tylko o ciebie, ale przecież ty też mnie nie dotkniesz, więc...
- Rambë... - Devi westchnął cicho – Spałaś kiedyś z mężczyzną lub z kimkolwiek innym od kiedy dorosłaś i przestałaś wślizgiwać się nocami do łóżka rodziców?
- Skąd wiedziałeś, że....
- Większość dzieci chyba tak robi, kiedy jest blisko z rodzicami. Nie ważne. Podejrzewam jednak, że nie miałaś okazji i nie wiesz jak się wtedy zachowujesz. Nie żebym miał na to zareagować, ale wątpię żebym mógł się wyspać z twoimi piersiami rozlewającymi się po moich plecach, jeśli okaże się, że jesteś typem, który lubi się przytulać.
- Skąd wiesz, że ci się to nie spodoba, skoro nie chcesz nawet spróbować? - Haydee przyglądała im się swoimi wielkimi, lazurowymi oczyma.
Devi wyobraził sobie siebie otoczonego tymi dwiema, niewątpliwie pięknymi kobietami. Ich ciepłe, niemal gorące, gładkie ciała, pełne, jędrne piersi, miękkie, delikatne usta, drobne języczki i skrzywił się mimowolnie. O ile mógł znieść myśl o tym, jak przytulają się nagie do jego nagiej skóry, o tyle pocałunek... Nie, jednak nie. Myśl o seksualnej intymności sprawiał, że odczuwał coś na wzór obrzydzenia.
- Nie chcę próbować. - powiedział zdecydowanie.
- Gdyby jednak miał to być mężczyzna... - Haydee zwiesiła głos, świdrowała chłopaka spojrzeniem.
Devi spróbował odtworzyć w myślach poprzednią scenę, jednak tym razem posłużył się w tym celu Eressëa oraz Seet-Farem. Skinął głową wydymając odrobinę usta.
- Tak, tego mógłbym spróbować. - przyznał, co sprawiło, że dziewczyna prychnęła jakby rozeźlona.
„Czyżby w końcu zaczęła rozumieć, dlaczego nie ma władzy nad Devim?” pomyślała nie bez satysfakcji Rambë. Sama na początku była tym poirytowana, ale to miało miejsce jakiś czas temu. Całe wieki temu, przyszło jej do głowy. Wieki temu, kiedy podejrzewała, że zakochuje się w Devim. Prawda była jednak taka, że niedługo później uświadomiła sobie swoje prawdziwe uczucia. Devi był dla niej jak brat i właśnie tak go kochała. Kiedy to do niej dotarło, od razu przestała być zazdrosna o Jean-Michaela, bo tak chyba nazywał się ukochany opiekun Deviego.
- Powinniśmy w końcu się położyć. - przypomniał im w końcu chłopak, który najwyraźniej miał już dosyć poświęcanej mu uwagi. - To może być nasza ostatnia spokojna noc pod dachem.
Temu nie sposób było zaprzeczyć i ten argument w pełni wystarczył aby jego towarzyszki ułożyły się do snu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)